Opened/closed. O „Drugiej ręce” Bonowicza i „Kordzie” Malek

Omówienie książek nominowanych do Szymborskiej 2018 – siłą rzeczy, w związku z formułą bloga – pobieżne, przyszło mi rozpocząć od tych dwóch tomów, które w zestawionej piątce uważam za najsłabsze. Mi samemu wydało się to o tyle ciekawe, że są to zbiory nadające na kompletnie różnych częstotliwościach, ba, zaryzykowałbym nawet tezę, że ustawione w przeciwległych kątach pokoju z poezją. Mowa o Drugiej ręce Wojciecha Bonowicza oraz Kordzie Natalii Malek.

Bonowicz, co stwierdzam z pewną dozą ambiwalentnych odczuć, co prawda porusza się do przodu na osi X swojej twórczości, ale za to robi to w doprawdy żółwim tempie. Jeśli chodzi o formę, dostajemy dokładnie to samo, co wydanych 5 lat temu i również nominowanych do Szymborskiej Echach – utrzymane w tonie refleksyjnym obrazy, wieńczone czasami efekciarską pointą. Co jakiś czas zdarzają się też kilkuwersowe migawki w stylu późnego Krynickiego, jednak pozbawione obezwładniającej precyzji nowofalowego poety, a jedna z nich w tym kontekście brzmi dosyć sardonicznie:

Nie potrzebuję

Naprawdę nie potrzebuję

nowych nazw
na stare rzeczy.

Ale wcale nie powtarzalność poetyki, która potrafi być przecież zaletą, stanowi o książce Bonowicza. Ewolucja jego poezji obejmuje przede wszystkim sposób realizacji pewnego postulatu, którego – abstrahując od hajpu na bekę z Zagajewskiego – nie da się ująć inaczej, niż „poszukiwaniem blasku”. Podmiot Bonowicza patrzy na zwyczajny świat i szuka w nim niezwyczajności, próbuje nadpisać codzienność metafizycznym sensem, a w tym tomie staje się to prawie jego obsesją.

Co jeszcze umiem

Wywiesiłem na noc pranie. Co za głupota!
Zamiast zrobić pranie o świcie pozwalam mu
wciągnąć resztę wilgoci jaka została z dnia.
Jest po deszczu. Krótkim i gwałtownym.
Z chodników i jezdni szybko wyparowało
to co spadło. Uczę się żyć sam. W domu
pełnym ludzi to nie takie trudne.

Wydawnictwo a5, 2017

Uważny czytelnik prawdopodobnie domyśli się z powyższego akapitu i ilustrującego go tekstu, jaki będzie mój główny zarzut w stosunku do poety. Otóż to: to jest wtórne, a gdybym chciał być złośliwy, to dodałbym jeszcze: nudne. Mimo to nie chcę się wyzłośliwiać, bo książka Bonowicza budzi we mnie jakąś nutę sentymentalizmu, tęsknoty za czasami zapoczątkowanymi przez Williamsa, kiedy poezja mogła sobie mówić o czerwonych taczkach albo wieszaniu prania, usiłować zbliżać się do rzeczy i nie musiała mieć podbudowy teoretycznej z nauk politycznych ani ontologii. W tym sensie jest to tomik – co mi tam, użyję tego protekcjonalnego słowa – uroczy. Ale aby przebić się przez wrzawę dojrzałych projektów poetyckich, rozbrzmiewających coraz głośniej w kolejnych miastach Polski, Bonowicz musiałby coś jednak ze sobą zrobić: zaprząc do kieratu nowe poetyckie zabawki, uatrakcyjnić jakoś to odwieczne poszukiwanie metafizycznego sensu. Niestety, nie robi tego. I w efekcie otrzymujemy Drugą rękę, która kojarzy mi się z piosenkami Spice Girls: stanowi guilty pleasure, która nudzi się po kilku przesłuchaniach.

Z Kordem sytuacja jest prawie dokładnie odwrotna. Pierwsza lektura tej książeczki powinna być każdorazowo pointowana confused math lady memesem. Tom jest spójny i konsekwentny, a jednak trudno mi powiedzieć o nim coś konkretnego, co nie będzie brzmiało jak wyimek z Derridy, ponieważ sensy w nim rozmywają się w nieskończoność i nie udało mi się otworzyć ich żadnym wytrychem. Między innymi w tym właśnie, jak mi się zdaje, upatruje jakości Kordu Dawid Kujawa, o czym pisze w swojej fikuśnej recenzji w „Małym Formacie”: „[wiersz] nie wymusza na czytelniczce, aby nadążała za eksperymentem (przez co zwykle zupełnie gubi tok wypowiedzi i pozostaje względem wiersza wyalienowana, nawet jeśli ów wiersz ceni), za to łokciami rozpycha się wewnątrz nawyków lekturowych, poszerzając tym samym pasmo odbioru, jakie ma do dyspozycji.”

Trudno mi się pod tym zapożyczonym zdaniem nie podpisać, z tym, że ja – ceniąc, owszem, inwencję i nowatorstwo takiego rozwiązania, uważam je za przeraźliwie i (mówiąc wprost) przesadnie hermetyczne, ponieważ chcąc nie chcąc dąży do niezrozumiałości tekstu i konieczności postrzegania poezji przez pryzmat rozbudowanego aparatu krytyczno-naukowego humanistyki. To z kolei prowadzi do postępującej elitaryzacji wiersza, czego nie uważam za szczęśliwą i dobrą drogę dla literatury.

Co zrobić, gdy milczy liberalna inteligencja?

Rozstawić nogi na szerokość bioder.
Lekko zgiąć.
Ręce wyprostować przed siebie – niech tworzą belę materiału, jaśniejszą dechę pirsu.

Powtórzyć:

wwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwJestem wolna jak żararaka.
wwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwJestem groźna jak córka żararaki.
wwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwJeszcze nikt mnie tak nie pożądał.

WBPiCAK, 2017

U Malek wszystko jest wyjątkowe. Zestawienia obrazów, dobór leksyki, konstrukcja wiersza, nawet budowa książki, bo na prośbę autorki WBPiCAK zmienił fonty, papier i pozycję wierszy (są wyrównane do dolnego marginesu). W efekcie otrzymujemy książkę bardzo ciekawą dla krytyków i specjalistów, ale, jak mi się zdaje, zbyt zamkniętą dla osób mniej wgryzionych w analizy spod znaku Lacana i Marksa. Podkreślam raz jeszcze: nie uważam tego za immanentną wadę książki, natomiast w moim osobistym odczuciu taka taktyka sprawia, że tom staje się po prostu zbyt abstrakcyjny.

 

Awokado bar

W awokado barze wiedzą, co to ciągłość. Pakują
w kartony:

duo, trio, wianuszek, czyli nimb. Wszystko, co mają, zawdzięczają rodzinie
jaskrów.

Spotykają się tam czasem i proszą o więcej – ziół i ziaren – facet w parmalatce,
facet z diastemą i Milena, która nie zajmuje stron.

Jest jedna rzecz, która mogłaby w takiej sytuacji Malek uratować: a mianowicie frazowanie w ten sposób, aby przy jednoczesnym rozmyciu sensów kreować język poetycki zachwycający estetyką, wkręcający się jak śrubka w proces odbioru, każący czytać dalej mimo hermetyzmu, tak jak robił to na przykład „środkowy” Siwczyk. Niestety, być może minimalistyczna metaforyka Kordu trafia do innych – do mnie niespecjalnie.

Gdyby ktoś poprosił mnie o skomentowanie decyzję jury (jakkolwiek nie ma to większego sensu), powiedziałbym, że nominacja dla Malek jest jednak mniej zaskakująca, niż ta dla Bonowicza. W tym pierwszym wypadku mamy do czynienia bowiem z ambitnym eksperymentem artystycznym, który powinno się i należy wyróżniać, tak jak to cierpliwie tłumaczył w latach 70. Karol Estreicher, tymczasem Bonowicz trafił, zdaje się, trochę do nie swojej bajki. Już w nominacjach do Nike mu lepiej.

Za egzemplarze książek bardzo dziękuję Fundacji Wisławy Szymborskiej.