Jaś Kapela – Modlitwy dla opornych

Ha!Art 2017, fot. ha.art.pl

Należę do tych nielicznych (jak mi się zdaje) osób, które Jasia Kapelę biorą śmiertelnie poważnie. Nawet Dobrego trolla, powieść, którą większość z moich znajomych skazała w przedbiegach na nieistnienie, przeczytałem uważnie i szczerze mówiąc nie bez przyjemności. Nie zraziła mnie również nigdy konsekwentna autokreacja autora, w której intuicyjnie wyczuwam więcej auto niż kreacji, a to budzi sympatię. Dlatego lekturę nowej „Czerwonej serii” Ha!Artu, redagowanej przez Maję Staśko, zacząłem właśnie od Modlitw dla opornych. I nie zawiodłem się.

Owszem, to książka na wskroś polityczna. Lewicowość autora i jego podmiotu, a raczej autora/podmiotu, bo w tym wypadku oddzielenie jednego od drugiego jest w zasadzie niewykonalne, przesyca tomik żywiołową aurą marksistowskich estrów. Warstwa ideowa tekstów jest krystalicznie czysta i rozwijana bez odrobiny wahania. Mimo to, trudno o Kapeli powiedzieć, że stanowi przykład fanatycznego, bezrefleksyjnego ideologa. Zachowany balans jest zaskakujący. Modlitwy dla opornych sięgają po garść aksjomatów, ustawiających autora w bardzo konkretnym miejscu między osiami X/Y pola politycznego – i dopiero w tym miejscu pojawiają się dylematy.

To jednoznaczne ustalenie własnej tożsamości, a następnie nieustanne poddawanie jej w wątpliwość i szpikowanie opisywanej rzeczywistości kwestiami problematycznymi staje się zaskakująco ożywcze i prowadzi do pięknej egzystencjalizacji wiersza. Jak można mówić o cierpieniu, będąc całkiem zamożnym gościem z pierwszego świata? Jak stać za ludem, kiedy się tego ludu boi i się nim trochę gardzi, a poza tym dawno już nie ma żadnego „ludu”? Czemu walczyć o planetę, skoro planeta jest już stracona? Po co mówić, skoro nikt nie słucha? A co, jeśli trzeba się będzie bić? To nie są pytania, które chętnie się słyszy na lewicy, zapewne dlatego, że zazwyczaj nie ma na nie odpowiedzi. Kapela również ich nie udziela, za to z uporem maniaka mnoży znaki zapytania.

Modlitwy dla opornych nie są „modlitwami dla tych, którzy się opierają idei”, jak sugerowałaby ideologiczna afiliacja autora i okoliczności wydania tomu. Są „modlitwami dla tych, którzy tkwią w oporze idei”, innymi słowy: dla tych, którzy są w stanie przyjąć stawiane przez Kapelę aksjomaty za swoje. Nikt tu nie puszcza oczka do liberałów, żeby się troszkę zlewicowali na zasadzie pośrodkowistycznego kompromisu rodem z Eurobusinessu („dam ci Bonn i dwa domki za Londyn i sto dolarów”), ani tym bardziej do prawicy, żeby spojrzała na lewicę ludzkim okiem. Oni w ogóle Kapeli nie interesują. Interesują go osoby już dawno przekonane, którym rzuca kości (tofu), żeby się zadławili i w procesie dekonstrukcji swoich przekonań – wytrwali w nich, nawet jeśli, tak jak autor, wiedzą, że nic nie wiedzą, nie licząc wiedzy, że świat jest okrutny i niesprawiedliwy. Dzięki doskonałemu targetowaniu hermetyzm książki działa tylko na jej korzyść, jakby na złość tym wariantom poezji zaangażowanej, która próbuje pozyskiwać nowych graczy na lewicy.

„To nie metafory./ To twarde fakty.”, czytamy w jednym z pierwszych wierszy z tomu – i nie bez powodu. Książka jest do bólu prosta. Nie znajdziemy w niej wysublimowanej metaforyki ośmielonej wyobraźni ani postrzępionych solilokwiów udręczonych podmiotów, wszystko jest podane na tacy, prostymi frazami, często równoważnikami zdań, bez żadnych upiększeń. To ogromna zaleta, bo właśnie w tej poetyce jeszcze lepiej wybrzmiewa krystaliczność tomu. Jednocześnie autor tu i ówdzie, jakby dając do zrozumienia, że potrafiłby inaczej, popisuje się językową sprawnością, szczególnie w ironicznych pastiszach z ostatniej części. Do moich faworytów należy Lament nad Kamilem Durczokiem, stylizowany absurdalnie na średniowieczną pieśń żałobną; jest zrobiony tak dobrze, że wkręca się jak hiphopowy beat z najlepszego okresu polskiego rapu. I chociaż czasami Kapela przesadza (rymowany parzyście Poemat o aborcji po prostu męczy), warsztatu mu nie brakuje.

Ostatecznie więc największą zaletą tej książki jest najzwyklejsza na świecie szczerość. Jaś Kapela nie kłamie, mówi prawdę, tak było, nie zmyśla. Nie ma tutaj żadnej fasady, ani tynku, ani nawet farby. Na gołych cegłach czarnym sprayem wypisane są te wiersze.

Po co jest cierpienie?

po co jest cierpienie?
nie wiem
myślę sobie że nigdy
nie byłem taki szczęśliwy
a jednocześnie tak świadom ogromu cierpienia
któremu nie potrafię zaradzić
powiesz mi że to obciach?
powiem ci że to fakt
na bestgore.com
oglądam jak panowie
obcinają głowy
innym panom
lub wysadzają innych panów
w powietrze
a po niebie fruwają ich flaki
i myślę sobie:
dobrze że nie moje
hehe
Obama – wspaniały człowiek
naprawdę chciałbym wiedzieć
jak znajduje w sobie siłę
żeby naciskać guzik
„bombarduj kolejny szpital w Aleppo”
i dalej się uśmiechać
wielka władza to wielka odpowiedzialność
nigdy nie byłem taki szczęśliwy
że nie moja

„Ja nie rozumiem”, cz. 1: Pięć faktów o poezji najnowszej

Krzysztof Jaworski ft. Bunkier Cafe

Nie zliczę, ile razy odkąd zajmuję się literaturą, słyszałem takie zdania: „ja nie rozumiem współczesnej poezji”; „współczesna poezja jest dla mnie za trudna”; „lubię dwudziestolecie, ale współczesnej poezji nie chwytam”, albo nawet: „zazdroszczę, też chciałbym rozumieć”. Wskutek przedziwnej tradycji, panującej w naszym kraju, poezja najnowsza jest mistyczna, niepojęta i przeznaczona tylko dla wąskiej sekty wtajemniczonych, którzy potrafią ją zrozumieć i zinterpretować.

Tego typu myślenie, które uważam za błędne, pokutuje od dawna w recepcji polskiej liryki, której czytelników, jak wiadomo, jest tysiąc stu trzydziestu czterech i ani jednego więcej. Właśnie przez takie przyzwyczajenia odbiorców tomy wierszy wydawane są w żenujących nakładach, które zwykle się nie sprzedają, a redaktorzy odkrywają, że najrzadziej w ich czasopismach czytane są kolumny poetyckie.

Walka z tym porządkiem jest walką z wiatrakami i wielu przede mną ją podejmowało, ale to nie jest żaden powód, żeby rezygnować. Dlatego otwieram cykl, którego pierwszą część właśnie czytacie, mający udowodnić nieprzekonanym czytelnikom, że owszem, mogą i potrafią zrozumieć poezję współczesną, ba, mało tego, że to może być fajne. Będzie się opierał głównie na lekturze konkretnych tekstów, ale najpierw należy ustalić garść faktów.

Fakt 1: nie można źle zrozumieć wiersza

Częstym lękiem, którym dzielili się ze mną wanna-be czytelnicy poezji, był ten, że źle zrozumieją wiersz. Że są za głupi, za mało oczytani albo za mało wrażliwi na dobre odczytanie czyjegoś dzieła. Tymczasem prawda jest taka, że wiersz może zostać źle (to znaczy niezgodnie z intencją autorską) zrozumiany, ale nie można go źle zrozumieć. Każdy rozumie poezję po swojemu. To kwestia całkowicie indywidualna. I jeśli odczytujesz jakąś frazę w sposób X, a twój kolega w sposób Y, to nie jest tak, że któreś z was się myli; przeciwnie, obydwaj interpretatorzy mają zapewne swoją rację. Nawet jeśli autor utworu uważa, że jego wiersz oznacza Y, to Twoje X wcale nie jest gorsze. I to jest właśnie w tym biznesie najlepsze i najciekawsze.

Fakt 2: wiersz jest dla ciebie

Najważniejszy w procesie odbioru jesteś Ty, czytelnik. Nie jesteś już w szkole i nie usadzono Cię przed przypadkowym tekstem Mickiewicza, żebyś go zanalizował i zinterpretował na ocenę; nie musisz się ani śpieszyć, ani starać, jeśli nie masz ochoty. Masz czerpać z lektury przyjemność, taką samą, jaką czerpiesz z dobrej powieści. A jeśli siedzisz, czytasz i za cholerę tego nie chwytasz, to nie znaczy, że jesteś za głupi; po prostu poeta ci nie siadł. Ja na przykład nie czytuję kryminałów, bo mnie nie bawią. Nie czyni mnie to gorszym od fanów Katarzyny Bondy; po prostu odkładam Bondę i sięgam po Sapkowskiego.

Oczywiście, wiersze rzadko są utworami rozrywkowymi, ale przecież czytanie poważnych książek też potrafi sprawiać przyjemność. I nie ma żadnego powodu, dla którego miałbyś się tej przyjemności bać, albo żebyś musiał czytać poezję, która ci się nie podoba. Nikt Ci nie każe.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym: to, że poeta dostał jakąś nagrodę, albo jest nazywany wybitnym, nie znaczy, że musisz go lubić i odwrotnie: jeśli o czyichś wierszach w ogóle nie słychać, nie znaczy to, że są złe.

Fakt 3: „wiersz nie jest cudem”

Ta używana w środowisku Ha!Artu fraza oznacza co innego, ale daje się świetnie zaadaptować do naszych potrzeb. „Wiersz nie jest cudem”, czyli nie stanowi dzieła natchnionego giganta, będącego tubą absolutu, na której Eufrozyna razem z resztą muz wygrywa wieczyste wersety. Wiersz to zwykły kawałek tekstu, taki sam jak artykuł w gazecie albo opowiadanie. Albo post na Facebooku. Ktoś – taki sam człowiek, jak ty – wpadł na pomysł, a potem wziął i napisał. Nie obcujesz z czymś wyższym, lepszym, fajniejszym, tylko ze zbiorem literek i z tego prostego powodu nie ma sensu go unikać ani się go bać.

Fakt 4: lektura wymaga wprawy

W tym jednym poezja faktycznie różni się od literatury popularnej: czasem wymaga odrobiny doświadczenia. Dlatego większość czytelników zaczyna od poezji romantycznej albo dwudziestolecia międzywojennego: dzięki o wiele prostszej formie i operowaniu łatwiejszymi metaforami, wydaje się bardziej przystępna. I bardzo dobrze, to dobry trening. Ale nie należy unikać poezji współczesnej dlatego, że na pierwszy rzut oka wydaje się niezrozumiała.

Dlaczego? Bo taka nie jest. Wiersze Honeta są może i bardziej skomplikowane, niż wiersze Tuwima, ale nie stają się przez to niezrozumiałe. Jest spora szansa, że za pierwszym razem nic się z Honeta nie zrozumie, tak samo jak dziecko, które sięgnie po Leśmiana. Ale wystarczy wrócić do niego trochę później, kiedy obezna się już ze sposobami współczesnego metaforyzowania, żeby stał się o wiele jaśniejszy.

I wcale nie trzeba sobie z tego zdawać sprawy. Wystarczy czytać, czytać, czytać, żeby klocki same wskoczyły na swoje miejsce.

Fakt 5: wiersz współczesny to twój wiersz

Jako mieszkaniec świata współczesnego jesteś naturalnie predestynowany do czytania i rozumienia współczesnych wierszy. To są utwory, które piszą ludzie tacy sami jak Ty – wstają rano, piją kawę, mają smartfony, pracują gdzieś w korpo, w wolnych chwilach oglądają Grę o tron i narzekają na PiS, a potem idą na imprezę i wrzucają zdjęcia na Instagrama. Przebywają w podobnym do Twojego środowisku, mają podobne do Twoich problemy, mówią tym samym językiem. Też się martwią, jak dożyć do pierwszego i też zaśmiewają się z kotków w internecie.

Tymczasem poeci dawni żyli w innych czasach i mieli inne kłopoty. Dlatego dziś czytamy tylko te ich wiersze, które dotyczyły rzeczy uniwersalnych, takich jak miłość czy nostalgia. Dlatego potrzebujemy w ich wierszach przypisów, adnotacji i objaśnień. Gwarantuję, że Twoje wnuki też będą potrzebować przypisu, żeby zrozumieć tę frazę z Tomka Bąka:

Po zamknięciu wszystkich kart incognito
wyświetlane na nich strony nie pozostawią żadnych śladów
w historii przeglądarki, magazynie plików cookie ani
historii wyszukiwania.

Ty, czytelniku, nie potrzebujesz przypisu. Dlaczego? Bo, tak samo jak Tomasz Bąk, używasz, albo przynajmniej używałeś kiedyś Google Chrome. Korzystaj z tego.

W następnym wpisie z cyklu przeczytamy jakiś wiersz i zobaczymy, co uda się z niego zrozumieć. Bądźcie na bieżąco!