Siostry dwóch porządków. „Lucyfer zwycięża” Ilony Witkowskiej i „Zimna książka” Marty Podgórnik

Katarzyna Hołda, Biała madonna, czarna madonna, czerwona madonna

Najwyższa pora kontynuować tryptyk o książkach nominowanych do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej, zwłaszcza, że czas się kurczy, a do gali został już tylko tydzień z haczykiem.

Ilona Witkowska była jedną z moich faworytek do nominacji i bardzo cieszę się, że tę nominację otrzymała, ponieważ jej tom robi dużo dobrego. Nie powiem, że mi się podoba, bo osobiście w lekturze tego typu poezji nie znajduję specjalnego upodobania, jednak z całą pewnością nie sposób go nie doceniać.

Najciekawszą rzeczą w Lucyferze jest zdecydowanie podmiotka, paradoksalnie i o ironio, bo tom ten na poziomie idei wyrasta z tradycji, która usiłuje metafizyczną podmiotowość zdezintegrować, czy też, jak kto woli, usytuować. O ile w moim wpisie o Jasiu Kapeli pisałem, że jego podmiot jest ustawiony w konkretnym miejscu na osi X politycznego wykresu, o tyle podmiotka Witkowskiej stoi ponad tym wykresem i w dodatku nieco z boku. Co prawda nadal – jak łatwo się domyślić – identyfikuje się z szeroko rozumianą lewicowością, ale mówi o niej nie „od wewnątrz”, tylko z offu, jako ironista, melancholijny błazen, z lekką dozą pobłażliwości, ale i przerażenia komentujący rzeczywistość.

w ranach swoich ukryj mnie

myślą, że zabłądzili,
bo widzą przed sobą górę.

patrzą na kompas,
ale nie wiedzą, gdzie iść.

chciałabym opowiedzieć wam tę historię,
ale znam tylko jej początek

Ha!Art 2017

Witkowska obnaża w tym tomie całą serię nieudanych projektów, jakie przedstawiła nam humanistyka i polityka, przede wszystkim (jak twierdzi niezastąpiony Dawid Kujawa) wspólnotowości, ale nie tylko. W kontekście negacji metafizyki nieudanym projektem będzie tutaj cała ponowoczesność w ogóle, a zwłaszcza zwrot etyczny, usiłujący poprzez negację tradycji moralistycznej doprowadzić do renesansu wspólnotowości właśnie, a który zakończył się – zwycięstwem Lucyfera. A ponieważ przyszłość jest zawsze w przestrzeni potencjalności, Witkowska nie wie, co dalej; jedynie diagnozuje. To ożywcze i ciekawe, ale jest też pośrednią przyczyną tego, że mamy do czynienia z poezją bardzo trudną, o której ciężko mówić językiem innym, niż teoretycznoliteracki. Boję się trochę, żeby z czasem nie rozpłynęła się w tym języku i nie została sprowadzona do garstki konceptualnych utworów, które już wywołują shitstormy na Facebooku.

nie

nie chce się spać.
nie chce się robić.

ty sobie wystawiasz kapliczki,
a na mnie tu wciąż coś czyha.

droga wolna,
ale weź na nią wejdź.

O Marcie Podgórnik, a raczej o jej książce, o tyle trudno mi coś napisać, że zdążył ją skomentować Jakub Skurtys w rewelacyjnym (naprawdę rewelacyjnym) tekście w Małym Formacie, bezlitośnie punktując to, co w wypadku tej poetki jest słabością jej projektu. Dlatego, dla odmiany, spróbuję skupić się na pozytywnych aspektach książki.

A pozytywne jest przede wszystkim to, że przy wszystkich wątpliwościach, które można roztoczyć w związku z Podgórnik, nadal jest to poezja ruszająca, wpływająca raczej na afekty, niż intelekt, a to się zasadniczo potrafi cenić. Poetka sprawnie operuje swoim rozbudowanym i przede wszystkim wypracowanym, doświadczonym warsztatem, dziabie tam, gdzie boli najbardziej i zazwyczaj trafia, co sprawia, że trudno Zimną książkę przeczytać beznamiętnie i, hehe, zimno. Kłopotem jest pewna powtarzalność, o której też pisał Skurtys, a która powoli chyba wyczerpuje studnię tej poetyki, ale i tak miło jest potykać się o udane metafory:

Carnet à pages blanches

Jeżeli śmiałam tęsknić do innego ciała, innych płynów
I struktur, zastrzyków, krwi, limfy.
Jeżeli się przez to latami stawałam kimś innym.

Tamtej nocy na plaży, nad ranem w hotelu, trzygwiazd
kowym, i to by śmiał mnie podejrzeać o
Uczucie jak miłość? Bo zachciałam

Podzielić ten wyraz. Bo wziął mnie pod ramię, gdy nikt
Inny nie zechciał się nawet pochylić.

Bo mogę dzielić wyrazy brutalnie jak lepkie truchło żaby
Na lekcji biologii, bo gówno Cię obchodzi,
Że On też się myli.

Biuro Literackie 2017

Co ciekawe, Podgórnik pozwala swojej bohaterce na zaskakująco dużo słabości, co wobec tradycyjnego osadzania jej w dyskursie feministycznym jest całkiem nowe, a w każdym razie zdarza się tu częściej, niż w poprzednich książkach. Patriarchiczna rzeczywistość jest tu nie tylko sztafażem, w którym w lśniącym kabriolecie Izydory Duncan rozbija się podmiotka z rozwianym szalem, mogącym w każdej chwili wkręcić się w koła, ale staje się faktycznie jakimś wrogiem, w związku z tym, że wreszcie niesie zagrożenia, oczywiście, w obrębie świata przedstawionego, bo że ogólnie niesie, to oczywiste. Bardzo ciekawie wybrzmiewa to w potężnym lirycznie mini-poemacie Gdy mijam twoje miasto, i pociąg nieprędki zwalnia troszeczkę, bym mogła popatrzeć, zdającym się w pewnym stopniu podsumowywać dotychczasową twórczość Podgórnik, jednocześnie osadzając ją w nieznacznie, ale jednak przesuniętym kontekście. Pod tym względem zaczęło być jej bliżej chyba do Poświatowskiej, niż Wojaczka.

Devil’s fruits

A jeśli Cię pokocham, to nie będzie dobre,
będzie zimne jak wszystko, czegokolwiek dotknę.
Wtedy nasz pocałunek naznaczy przekleństwo.
A jeśli Cię pokocham, będzie bardzo boleć.

Nie mnie, ja z bólem serca radzę sobie świetnie.
To nie ból serca będzie poważnie bolesny.
A jeśli mi przypomnisz, że nadal mam serce,
nie sprowadzaj mnie, proszę, do bezbronnej kreski.

Jeżeli zechcesz wziąć mnie, tak jak stoję,
w szlafroku i w filcowych pantoflach z przeceny,
przypomnij swemu sercu
nasz spacer sprzed roku; ja nie pożądam wiedzy,
o której już wiemy.

 

Za omawiane książki dziękuję Fundacji Wisławy Szymborskiej.

„Każdy nasz wybór jest skandaliczny”. Rozmowa z Bernhardem Hartmannem

Zanim weźmiemy się za nominowane do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej książki, warto zerknąć za kulisy. W tym celu przygotowałem rozmowę z Bernhardem Hartmannem, członkiem kapituły nagrody, tłumaczem literatury polskiej na język niemiecki, autorem przekładów m. in. Tadeusza Różewicza, Julii Hartwig, Adama Zagajewskiego, Tomasza Różyckiego, laureatem nagrody im. Karla Dedeciusa. Dowiecie się z niej, jak to jest być w jury największej nagrody literackiej w Polsce, czemu w kapitule są głównie obcokrajowcy, o co chodzi z tym seksizmem i dlaczego zawsze się kogoś krzywdzi. Miłej lektury!

Marcin Świątkowski: W wywiadzie, którego udzielił Pan dla Instytutu Goethego w 2010 roku można wyczytać, że karierę tłumacza rozpoczął Pan od wierszy Tadeusza Różewicza. Mnie ciekawi jednak co innego: skąd ten polski? Dlaczego akurat ten język, ta literatura Pana pochłonęła?

Bernhard Hartmann: Wszystko zaczęło się od wymiany szkolnej. W 1989 r., jeszcze przed przełomem, pojechaliśmy na dwa tygodnie do Jeleniej Góry, odwiedziliśmy Wrocław, Kraków i Auschwitz. Miałem wtedy 16 lat, mieszkałem na zachodnioniemieckiej prowincji, i ten wyjazd był dla mnie wielkim przeżyciem. Po maturze na uczelni zapisałem się na kurs języka polskiego, potem studiowałem polonistykę. Można by powiedzieć, że moja przygoda z Polską zaczęła się od młodzieńczej fascynacji, z której rodziło się intelektualne zainteresowanie. Swoją rolę odegrały też euforia tego niesamowitego roku 1989 oraz – ale to już nieco później – chęć przybliżenia rodakom tego raczej nieznanego kraju za Odrą. Bo w latach dziewięćdziesiątych dla wielu ludzi, zwłaszcza na zachodzie Niemiec, obraz Polski był dość stereotypowy.

M.Ś.: A czemu zaczął Pan od poezji? W obiegowej opinii to o wiele trudniejsze, niż tłumaczenie prozy, więc logiczniejszym wydałoby się zacząć od tej drugiej.

B.H.: Od Tadeusza Różewicza dostałem kiedyś wydruk niepublikowanego jeszcze wiersza. Kolega namawiał mnie, żebym go tłumaczył. I tak się zaczęło. Pracowałem wtedy jeszcze na uniwersytecie, na tłumaczenie powieści nie starczyłoby czasu, poezję czy eseje mogłem tłumaczyć po pracy. Poza tym z prozą było tak, że zajmowało się nią już paru starszych i bardzo dobrych tłumaczy, więc trudno byłoby się przebić. Początkowo tłumaczyłem więc wiersze i eseje, przede wszystkim do czasopism. Ale pomijając te czynniki jakby praktyczne, to nie wiem, czy można tak prosto powiedzieć, że tłumaczenie poezji jest trudniejsze od tłumaczenia prozy. To chyba kwestia zdolności, upodobań, może osobowości literackiej. W prozie na przykład często męczy mnie rozważanie różnych opcji co do szyku czy rytmu zdań, bo bywa ich wiele, podczas gdy w wierszu sprawa jest bardziej klarowna: taka ilość sylab, takie metrum, taki rym. Nie mówiąc już o wytrwałości i cierpliwości, które potrzebne są do tłumaczenia grubej powieści.

Fot. Kuba Ociepa, nagrodaszymborskiej.pl

M.Ś: A w jakich okolicznościach trafił Pan do Kapituły Nagrody im. Wisławy Szymborskiej?

B.H.: Zaproszono mnie do udziału za poleceniem Renate Schmidgall, wielce zasłużonej tłumaczki literatury polskiej na język niemiecki, która przede mną pełniła funkcję jurora. Wiedziałem, że Renate w czasie swojego urzędowania odkryła paru fajnych poetów dla siebie, więc uważałem, że trudno o lepszą szansę do zapoznania się z najnowszą polską poezją. Kusząca oczywiście była też perspektywa regularnych pobytów w Krakowie, spotkań z kolegami i poetami, żywego kontaktu z tym, co się dzieje w Polsce. Zainteresowała mnie także możliwość autopsyjnego wglądu w dziedzinę życia literackiego, którą dotąd znałem tylko z zewnątrz i do której miałem dość ambiwalentny stosunek.

M.Ś: A na czym polegała ta ambiwalencja? I czy ma Pan wskutek tego doświadczenia jakieś refleksje na temat polskiego życia literackiego? Taki głos z zewnątrz wydaje mi się bardzo ciekawy!

B.H.: Ambiwalencja polegała na tym, że z jednej strony nagrody budzą zainteresowanie, promują literaturę i mogą zachęcić ludzi do tego, by kupić i przeczytać książki nie tylko nominowanych, lecz także tych, których nazwisk pojawiają się w dyskusjach towarzyszących określonym wydarzeniom. To pod różnymi względami można uważać za plus. Z drugiej strony, by wymienić tylko jedną rzecz, wprowadzają do życia literackiego element niepotrzebnej, szkodliwej konkurencji, zarówno wśród piszących jak i między organizatorami nagród. Jak zaczyna się mówić i myśleć w kategoriach „najlepszej książki” czy „najbardziej prestiżowej nagrody”, to literatura zamienia się sport, tylko że w literaturze nie ma narzędzi do obiektywnego ustalenia, jakie osiągniecie jest najlepszym.

M.Ś: Bycie jurorem takiej nagrody oczywiście zaszczyt, ale też spora presja. Szymborska jest aktualnie największą i najważniejszą nagrodą poetycką w Polsce, budzi mnóstwo emocji w środowisku. Jak sobie Pan z tym radzi?

B.H: Nie odczuwam presji. To może komfort obcokrajowca, który po dokonanej pracy wraca do siebie, gdzie mało kogo się interesuje nagrodą Szymborskiej. Po zgłoszeniu nominacjach czy wręczeniu nagrody śledzę komentarzy w prasie czy w Internecie, bo jestem ciekaw, jakie są opinie, jakie argumenty za czy przeciw naszym decyzjom. Bo w moim rozumieniu nasze nominacje są propozycjami, które mają zachęcić do czytania i dyskusji. Kto w końcu dostaje nagrodę, to kwestia raczej drugorzędna – w każdym roku jest więcej niż jeden tom, które zasłużyłyby na nagrodę.

M.Ś: Drugorzędna, a jednak, abstrahując od kwestii prestiżu, sto tysięcy złotych to w polskich kręgach kulturalnych ogromne pieniądze, które nagrodzonemu poecie pozwalają spokojnie pracować przez długi czas, co jest – nie oszukujmy się – luksusem. I chyba dlatego werdykt zawsze budzi takie emocje. Kiedy w grę wchodzi taka kwota, łatwo poczuć się skrzywdzonym…

B.H: Tak, i chyba ma się do tego pełne prawo. Na tle różnorodności książek, z których mamy do czynienia, każdy nasz wybór da się zakwestionować, więc każdy też może mieć do nas pretensje, z czwórką nienagrodzonych nominowanych na czele. Rozumiem też, kiedy na przykład któryś z nominowanych nie przyjeżdża na galę wręczenia. Bo o ile bardzo fajne są te wszystkie spotkania z nominowanymi, to na gali trochę nieprzyzwoicie wykorzysta się ich do tworzenia spektaklu, w którym już mniej chodzi o świętowanie dobrych poetów i poetek czy poezji w ogóle, lecz o budowanie pozycji nagrody w konkurencji z innymi nagrodami. Tomasz Różycki kiedyś opowiadał mnie o nagrodzie amerykańskiej czy kanadyjskiej, do której był nominowany – tam głównym elementem uroczystości były czytania i spotkania z poetami, samą nagrodę natomiast potem wręczono w bardzo kameralnej atmosferze. Bardzo mi się ten model spodobał.

M.Ś: To chyba też piekielna robota? Jak udaje się Panu czytać te setki książek, które spływają rokrocznie do Fundacji?

B.H: Oczywiście nie można przeczytać wszystkich tomików od początku do końca. Jak przychodzi paczka z Fundacji, najpierw czytam parę wierszy z każdego tomiku, by poznać głos poety czy poetki. Na tej podstawie dokonuję pierwszy, intuicyjny wybór tomików, które potem czytam dokładniej.

M.Ś: Z jednej strony to całkowicie zrozumiałe i naturalne – bo taka jest po prostu praktyka czytelnicza, nie tylko wśród jurorów nagród, ale z drugiej, wydaje się jednak trochę krzywdzące… Jestem, szczerze mówiąc, pełny podziwu, bo ja na Pana miejscu chyba panicznie bałbym się ominięcia czegoś, przegapienia jakiegoś poetyckiego objawienia – nie ma Pan czasem takiego poczucia?

B.H: No, poza laureatem na którymś etapie wszystkich się krzywdzi. I jak się czyta Moje nagrody Thomasa Bernharda, to można dojść do wniosku, że w końcu laureata też… To jest nieuniknione w tej grze. Ale wiem oczywiście, że – tak samo jak ograniczony jest czas, który mam na czytanie przesłanych przez Fundację książek – moja perspektywa jest ograniczona, uwarunkowana wieloma czynnikami, i że zwłaszcza na tym pierwszym etapie istnieje pewne niebezpieczeństwo przegapienia czegoś dobrego, wartościowego. Pod tym względem uspokajające jest to, że w kapitule jest nas siedmiu. Czyli jeśli ja czegoś nie zauważam, istnieje dość duże prawdopodobieństwo, że koleżanka czy kolega zwraca na to uwagę.

M.Ś: W stosunku do Nagrody często pojawia się zarzut, że w Kapitule jest jedynie dwoje polskich native speakerów, a reszta z Państwa to tłumacze. Chyba nikt nigdy nie doprecyzował, dlaczego miałoby to właściwie być złe rozwiązanie, ale jak Pan sądzi, jakie są jego wady, a jakie – zalety?

B.H: Skład kapituły wynika chyba z tego, że Nagroda Szymborskiej pomyślana jest jako międzynarodowa. Na takim tle wydaje się sensowne, że i kapituła jest międzynarodowa. Ale mimo to składa się z osób dość dobrze orientujących się w polskim życiu literackim, nie tylko jako tłumacze, lecz także jako poloniści czy menadżerzy kultury. Co nas – obcokrajowców – odróżnia od polskich kolegów, to chyba to, że nie tkwimy tak głęboko w tym, co Pan wcześniej nazwał środowiskiem. I oczywiście patrzymy na polską poezję czy literaturę w ogóle z perspektywy tego, co dla naszej kultury może być interesujące, jakie teksty mogłyby się sprawdzić w tłumaczeniu. Nie wiem, czy to raczej zaleta, czy wada – to chyba zależy od punktu widzenia.

M.Ś: Chciałbym się tutaj odwołać do głośnego i ciekawego tekstu Zwiędłe laury instytucji Anny Kałuży, opublikowanego w „Małym Formacie”, w którym krytykuje system nagród literackich. Pisze tam ona, że międzynarodowość Waszej Kapituły to fikcja, która przesłania „zależność od trwałych historycznie norm estetycznych”. Jak Pan uważa, czy to spostrzeżenie jest trafne? Czy uwarunkowania kulturowe w nas rzeczywiście są tak silne, i czy tak trudne jest wyłamanie się z nich?

B.H: Wszyscy chyba jesteśmy zależni od takich norm. Bo rodzimy i kształcimy się w kontekście konkretnej kultury z konkretnymi tradycjami, do których się odnosimy. A mimo to Przyboś pisał inaczej niż Mickiewicz, Benn inaczej niż Goethe. Czyli jest ewolucja w poezji i jest ewolucja w odbiorze, bo nauczyliśmy się cenić i Przybosia i Benna, Różewicza i Celana. Natomiast fikcyjność albo może lepiej ograniczoność „międzynarodowości” naszej kapituły polega raczej na czymś innym – jak mówiłem, większość z nas bowiem jednak mocno związana jest z polską kulturą. Poprzez swoją pracę o wiele intensywniej zajmuję się polską literaturą niż niemiecką. Czyli do pewnego stopnia mój punkt widzenia też jest „wewnętrzny”. Ale jednak jako Niemiec polską poezję czytam przez pryzmat swojej niemieckości, co oznacza, że pewne wątki bardziej mniej interesują niż inne, że brakuje mi wiedzy, by rozpoznać czy docenić pewne rzeczy, ale także, że mogę doczytać się czegoś, co wymyka się uwadze polskich czytelników. Jako tłumacz oczywiście zadaję sobie pytanie, co mogłoby zainteresować niemieckich czytelników. Więc jest też perspektywa „zewnętrzna”, tym bardziej, że cudzoziemcy w kapitule reprezentują dość rożne obszary kulturowe.

M.Ś: Skoro już jesteśmy przy zarzutach… W zeszłym roku, po ogłoszeniu nominacji, gdy okazało się, że wyróżnieni zostali jedynie mężczyźni, rozpętało się środowiskowe piekło. Nie szczędzono Państwu cierpkich słów, oskarżano o seksizm i utknięcie w patriarchicznym modelu poezji. Z kolei w tym roku nominowane są aż cztery poetki i tylko jeden poeta. Wiele osób zdaje się sądzić, że zeszłoroczna krytyka odniosła skutek. Co Pan o tym sądzi?

B.H: Myślę, że tu częściowo wrzuca się dwie różne sprawy do jednego worka. Jedna sprawa, to pozycja poetek w środowisku czy na rynku literackim, druga to ocena konkretnych tomów poetyckich. Moim zdaniem sugerowanie, że między jednym a drugim istnieje jakiś bezpośredni, może nawet przyczynowy związek, jest tak samo naiwne czy mylące jak stwierdzenie, że żadnego związku nie ma. Na takiej podstawie też trudno wejść w rozmowę – bo jakże miałbym udowodnić, że nie jestem seksistą albo że interesuje mnie nie płeć poety/poetki, lecz to, czy jego/jej poezja jest dobra? Przy tym nie ukrywam, że cieszy mnie fakt, że tym roku w naszej piątce znalazły się cztery poetki. Bo i w zeszłym roku były „żeńskie” tomy, które na pewno zasłużyłyby na nominację. Na niektóre z nich zwrócili uwagę redaktorzy „Małego Formatu” w tekście Babskie wiersze. Ten głos zresztą także dlatego jest ważny, bo uświadamia, że ustalenie listy pięciu „najlepszych” tomów poetyckich danego roku, nie mówiąc o wyborze „najlepszego“ tomu, jest sprawą w dużej mierze umowną i niesprawiedliwą, bo zazwyczaj jest więcej pozycji godnych uznania i nagrodzenia. W tym sensie każdy nasz wybór jest skandaliczny.

M.Ś: I znów powraca tutaj przywołany wyżej tekst Anny Kałuży, w którym zwraca uwagę, że nie chodzi jedynie, a nawet w ogóle o wykluczenie kobiet, ale przede wszystkim głosów z „offu”, o powtarzanie tych samych nazwisk, tradycyjnych poetyk. Bo też faktycznie, rzadko do Szymborskiej nominowani są poeci „kontrowersyjni”, nigdy też nie nominowano żadnego debiutu.

B.H: No tak, rewolucyjną komórką nie jesteśmy. Fakt, że książka musi zdobyć cztery głosy z siedmiu, bo jak mówi regulamin, kapituła „podejmuje decyzje […] w formie uchwał, zwykłą większością głosów”, zmusza nas do szukania kompromisów. Zatem pewna mainstreamowość wynika już z samej konstrukcji nagrody. Mimo to nie do końca zgodziłbym się z tezą, że powtarzają się wciąż te same nazwiska i poetyki, przynajmniej nie te z pokolenia „bruLionu”, o których mówi Anna Kałuża. Przynajmniej dla mnie choćby Jakub Kornhauser czy Joanna Roszak (2016), Tomasz Bąk (2017), albo Natalia Malek czy Ilona Witkowska nie były takimi przewidywalnymi wyborami.

M.Ś: Chciałbym poświęcić parę chwil tym nominacjom. Co zadecydowało o tym, że akurat te, a nie inne książki zostały wyróżnione?

B.H: Proszę zrozumieć, że nie chciałbym tu uzasadniać naszej decyzji, bo to wewnętrzne sprawy objęte wg. regulaminu „zasadą zachowania w tajemnicy”. To na tym etapie chyba dotyczy także mojej osobistej opinii na temat pojedynczych tomów. Odpowiadam więc raczej formalnie, znów zwracając uwagę na przewidywany mechanizm dokonania wyborów: Zadecydowało to, że w danym momencie mniejsza lub większa większość jurorów zagłosowała za nominowanymi tomami.

M.Ś: Oczywiście! A zdradzi Pan, kto jest Pana faworytem?

B.H: Nie, bo nie mam, mimo że w piątce są książki, do których na razie mam cieplejszy stosunek niż do innych. Ale po nominacjach wszystko zaczyna się od nowa, bo teraz czyta i porównuje się już tylko tę piątkę tomików, co może doprowadzić do zupełnie nowych wrażeń i ocen. Więc sam jestem ciekaw wyników tej ponownej lektury.

M.Ś: Co z książkami, które nie weszły do ostatniego etapu? W przewidywaniach wymieniano Honeta, Sosnowskiego, Jarniewicza… Które książki było najtrudniej odrzucić, oczywiście Panu osobiście?

B.H: W zeszłym roku odkryciem dla mnie był Matecznik Małgorzaty Lebdy, w tym roku byłem pod wrażeniem książek Joanny Roszak (Przyszli niedokonani) i Jarosława Mikołajewskiego (Listy do przyjaciółki). U Roszak fascynuje mi rozwój jej poezji, w której element lingwistyczny coraz bardziej łączy się z opowiadaniem o świecie i zaangażowaniem. A Mikołajewski chyba powrócił do poetyki wcześniejszych tomów, z których sporo wierszy tłumaczyłem na niemiecki. Mógłbym kontynuować tę listę, i gdyby Pan jeszcze zapytał innych jurorek i jurorów, to pewnie usłyszałby Pan kolejne nazwiska, z których można by składać równie dobrą piątkę co aktualna.

Nagroda szymborskiej 2018 – moje typy

Tak jakoś głupio wyszło, że Ziemia krąży wokół Słońca, a w dodatku się obraca i jakby tego było mało, jest jeszcze nachylona względem płaszczyzny ekliptyki. W efekcie w kółko dzieje się na niej mniej-więcej to samo w regularnych odstępach. Prawa astrofizyki są nieubłagane i siłą rzeczy oddziałują na istotki zamieszkujące planetę, które chcąc-nie chcąc muszą uwzględniać cykliczny charakter ruchu Ziemi w swojej kulturze. Efekt? Jak co roku od pięciu lat, w czerwcu zostanie przyznana Nagroda Poetycka im. Wisławy Szymborskiej.

Skłamałbym, oczywiście, gdybym powiedział, że przeczytałem wszystkie 80 książek, które zostały zakwalifikowane do drugiego etapu nagrody. Myślę jednak, że przeczytałem ich wystarczająco dużo, aby tkwiąca we mnie żyłka hazardu drgnęła i pozwoliła mi wytypować parę tomów, które w moim mniemaniu zostaną (a raczej powinny zostać) nominowane. Typowanie rozstrzygnie się w czasie konferencji prasowej 19 kwietnia. Czyli jutro. Tymczasem – do rzeczy.

1 – Roman Honet – ciche psy

Biuro Literackie

Nowa książka krakowskiego poety jest rewelacyjna i stanowi błyskotliwy punkt zwrotny w jego twórczości, realizując nowy paradygmat poznawczy bez zniszczenia tego, co u Honeta najbardziej pociągające, czyli obrazowej, surrealistycznej poetyki. Tak się jednak składa, że Honet dostał już Szymborską za Świat był mój. Nie powinna to być żadna przeszkoda, ale spójrzmy prawdzie w oczy: jest. Dlatego to typ mocno ryzykowny.

2 – Maciej Woźniak – Obywatelstwo podwójnego kraju

WBPiCAK

Obywatelstwo… nie jest najlepszą książką Woźniaka, bo – jak mi się zdaje – tytułu nadal broni Ucieczka z Elei. Nie zmienia to faktu, że tom jest bardzo dobry, świetnie pokazuje, że strategie klasycystyczne wcale nie muszą być nudne ani niedzisiejsze, a Woźniak od bardzo dawna, jak to się ładnie mówi, „robi robotę”, nadążając wartko za współczesnością, co zresztą świetnie pokazuje również w swoich tekstach na Dwutygodniku.

3 – Julia Fiedorczuk – Psalmy

Fundacja Karpowicza

Bezprecedensowy w ostatnich czasach wypadek książki poetyckiej, która przy pewnej dozie powściągliwego klasycyzmu i dążności do operowania na fundamentaliach, ani na sekundę nie wpada w patos, wielkosłowność i płaczliwy ton. Jednocześnie nie sięga również do przepastnego wora ironii, autoironii czy postironii. Jest to liryka w najlepszym tego słowa znaczeniu, refleksyjna, nowoczesna, operująca konkretem w równej mierze, co abstrakcją; a przy okazji absolutnie przepięknie wydana.

4 – Ilona Witkowska – Lucyfer zwycięża

Ha!Art

Nie było jeszcze w Polsce tak dobrej książki utrzymanej tak ściśle w nurcie poezji zaangażowanej – i nawet jeśli Witkowska nominacji w końcu nie otrzyma, to nie wierzę, że umknie uwadze kapituły. Minimalistyczna precyzja połączona z rozsądnym wkurwem nikomu nie może umknąć.

5 – Andrzej Sosnowski – Trawers

Biuro Literackie

Nie oszukujmy się, prawie w każdej edycji nagrody nominowany jest jakiś szacowny nestor polskiej poezji. W tym roku może to być Sosnowski, Lipska, Kierc, Jarniewicz albo Kronhold (ale on był nominowany w zeszłym roku za absurdalnie zły Skok w dal) – z tej piątki wybieram Sosnowskiego, bo może i jego książka niewiele zmienia w kontekście reszty twórczości, ale za to jest bardzo dobra.

 

 

LISTA REZERWOWA

No dobra, ale ciekawsze rzeczy dzieją się chyba tam, gdzie nominacji raczej nie przewiduję, a fajnie by było, gdyby się pojawiły.

  • Robert Rybicki – Dar Meneli (BL). Rybie za tę książkę należy się jakaś nagroda jak psu buda, niestety, autor jest tak trudny, że nikt o zdrowych zmysłach go nie nominuje. Ale kiedyś napisze coś tak dobrego, że nawet to nie będzie miało znaczenia i dostanie. I jeszcze nam pokaże.
  • Maciej Topolski – na koniec idą (Dom Literatury w Łodzi). Bardzo trudna, ale świetna liryka filozoficzna, w którą trzeba się solidnie wgryźć, o czym boleśnie się przekonałem, pisząc niezbyt przychylną minirecenzję, tylko po to, żeby później pośpiesznie odwoływać to co napisałem. Niestety – debiut. Szanse znikome.
  • Darek Foks – Kronsztad (WBPiCAK). Konsekwentna, mikromalistyczna poetyka Foksa (o wiele ciekawsza niż u Sendeckiego), rozwijana od parunastu lat, naprawdę zasługuje w końcu na porządne wyróżnienie – ale Foks ma po prostu mega pecha do nagród i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić.
  • Agata Jabłońska – Raport wojenny (WBPiCAK). Moim zdaniem książka równie dobra co Witkowskiej, utrzymana w bardziej uniwersalnym rejestrze niż Lucyfer zwycięża, ale o wiele mniej efektowna – dlatego może przepaść. Zwłaszcza, że to również debiut.
  • Kacper Bartczak – Pokarm suweren (BL). Bardzo ciekawy przykład poezji… dziwnej poezji. Zdecydowanie zbyt hermetyczny.

Oczywiście cały ten wpis nie ma większego sensu. Kapituła Szymborskiej wielokrotnie udowodniła swoją całkowitą nieprzewidywalność, co zresztą ma swój głęboki sens. Nie wspominając o tym, że składa się w 80% z osób nie obcujących na co dzień z polską sceną literacką, wolna jest więc od wpływu plotek, recenzji i blurbów – w przeciwieństwie do nas. Jak będzie, przekonamy się jutro. A jakie są wasze typy?