„Każdy nasz wybór jest skandaliczny”. Rozmowa z Bernhardem Hartmannem

Zanim weźmiemy się za nominowane do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej książki, warto zerknąć za kulisy. W tym celu przygotowałem rozmowę z Bernhardem Hartmannem, członkiem kapituły nagrody, tłumaczem literatury polskiej na język niemiecki, autorem przekładów m. in. Tadeusza Różewicza, Julii Hartwig, Adama Zagajewskiego, Tomasza Różyckiego, laureatem nagrody im. Karla Dedeciusa. Dowiecie się z niej, jak to jest być w jury największej nagrody literackiej w Polsce, czemu w kapitule są głównie obcokrajowcy, o co chodzi z tym seksizmem i dlaczego zawsze się kogoś krzywdzi. Miłej lektury!

Marcin Świątkowski: W wywiadzie, którego udzielił Pan dla Instytutu Goethego w 2010 roku można wyczytać, że karierę tłumacza rozpoczął Pan od wierszy Tadeusza Różewicza. Mnie ciekawi jednak co innego: skąd ten polski? Dlaczego akurat ten język, ta literatura Pana pochłonęła?

Bernhard Hartmann: Wszystko zaczęło się od wymiany szkolnej. W 1989 r., jeszcze przed przełomem, pojechaliśmy na dwa tygodnie do Jeleniej Góry, odwiedziliśmy Wrocław, Kraków i Auschwitz. Miałem wtedy 16 lat, mieszkałem na zachodnioniemieckiej prowincji, i ten wyjazd był dla mnie wielkim przeżyciem. Po maturze na uczelni zapisałem się na kurs języka polskiego, potem studiowałem polonistykę. Można by powiedzieć, że moja przygoda z Polską zaczęła się od młodzieńczej fascynacji, z której rodziło się intelektualne zainteresowanie. Swoją rolę odegrały też euforia tego niesamowitego roku 1989 oraz – ale to już nieco później – chęć przybliżenia rodakom tego raczej nieznanego kraju za Odrą. Bo w latach dziewięćdziesiątych dla wielu ludzi, zwłaszcza na zachodzie Niemiec, obraz Polski był dość stereotypowy.

M.Ś.: A czemu zaczął Pan od poezji? W obiegowej opinii to o wiele trudniejsze, niż tłumaczenie prozy, więc logiczniejszym wydałoby się zacząć od tej drugiej.

B.H.: Od Tadeusza Różewicza dostałem kiedyś wydruk niepublikowanego jeszcze wiersza. Kolega namawiał mnie, żebym go tłumaczył. I tak się zaczęło. Pracowałem wtedy jeszcze na uniwersytecie, na tłumaczenie powieści nie starczyłoby czasu, poezję czy eseje mogłem tłumaczyć po pracy. Poza tym z prozą było tak, że zajmowało się nią już paru starszych i bardzo dobrych tłumaczy, więc trudno byłoby się przebić. Początkowo tłumaczyłem więc wiersze i eseje, przede wszystkim do czasopism. Ale pomijając te czynniki jakby praktyczne, to nie wiem, czy można tak prosto powiedzieć, że tłumaczenie poezji jest trudniejsze od tłumaczenia prozy. To chyba kwestia zdolności, upodobań, może osobowości literackiej. W prozie na przykład często męczy mnie rozważanie różnych opcji co do szyku czy rytmu zdań, bo bywa ich wiele, podczas gdy w wierszu sprawa jest bardziej klarowna: taka ilość sylab, takie metrum, taki rym. Nie mówiąc już o wytrwałości i cierpliwości, które potrzebne są do tłumaczenia grubej powieści.

Fot. Kuba Ociepa, nagrodaszymborskiej.pl

M.Ś: A w jakich okolicznościach trafił Pan do Kapituły Nagrody im. Wisławy Szymborskiej?

B.H.: Zaproszono mnie do udziału za poleceniem Renate Schmidgall, wielce zasłużonej tłumaczki literatury polskiej na język niemiecki, która przede mną pełniła funkcję jurora. Wiedziałem, że Renate w czasie swojego urzędowania odkryła paru fajnych poetów dla siebie, więc uważałem, że trudno o lepszą szansę do zapoznania się z najnowszą polską poezją. Kusząca oczywiście była też perspektywa regularnych pobytów w Krakowie, spotkań z kolegami i poetami, żywego kontaktu z tym, co się dzieje w Polsce. Zainteresowała mnie także możliwość autopsyjnego wglądu w dziedzinę życia literackiego, którą dotąd znałem tylko z zewnątrz i do której miałem dość ambiwalentny stosunek.

M.Ś: A na czym polegała ta ambiwalencja? I czy ma Pan wskutek tego doświadczenia jakieś refleksje na temat polskiego życia literackiego? Taki głos z zewnątrz wydaje mi się bardzo ciekawy!

B.H.: Ambiwalencja polegała na tym, że z jednej strony nagrody budzą zainteresowanie, promują literaturę i mogą zachęcić ludzi do tego, by kupić i przeczytać książki nie tylko nominowanych, lecz także tych, których nazwisk pojawiają się w dyskusjach towarzyszących określonym wydarzeniom. To pod różnymi względami można uważać za plus. Z drugiej strony, by wymienić tylko jedną rzecz, wprowadzają do życia literackiego element niepotrzebnej, szkodliwej konkurencji, zarówno wśród piszących jak i między organizatorami nagród. Jak zaczyna się mówić i myśleć w kategoriach „najlepszej książki” czy „najbardziej prestiżowej nagrody”, to literatura zamienia się sport, tylko że w literaturze nie ma narzędzi do obiektywnego ustalenia, jakie osiągniecie jest najlepszym.

M.Ś: Bycie jurorem takiej nagrody oczywiście zaszczyt, ale też spora presja. Szymborska jest aktualnie największą i najważniejszą nagrodą poetycką w Polsce, budzi mnóstwo emocji w środowisku. Jak sobie Pan z tym radzi?

B.H: Nie odczuwam presji. To może komfort obcokrajowca, który po dokonanej pracy wraca do siebie, gdzie mało kogo się interesuje nagrodą Szymborskiej. Po zgłoszeniu nominacjach czy wręczeniu nagrody śledzę komentarzy w prasie czy w Internecie, bo jestem ciekaw, jakie są opinie, jakie argumenty za czy przeciw naszym decyzjom. Bo w moim rozumieniu nasze nominacje są propozycjami, które mają zachęcić do czytania i dyskusji. Kto w końcu dostaje nagrodę, to kwestia raczej drugorzędna – w każdym roku jest więcej niż jeden tom, które zasłużyłyby na nagrodę.

M.Ś: Drugorzędna, a jednak, abstrahując od kwestii prestiżu, sto tysięcy złotych to w polskich kręgach kulturalnych ogromne pieniądze, które nagrodzonemu poecie pozwalają spokojnie pracować przez długi czas, co jest – nie oszukujmy się – luksusem. I chyba dlatego werdykt zawsze budzi takie emocje. Kiedy w grę wchodzi taka kwota, łatwo poczuć się skrzywdzonym…

B.H: Tak, i chyba ma się do tego pełne prawo. Na tle różnorodności książek, z których mamy do czynienia, każdy nasz wybór da się zakwestionować, więc każdy też może mieć do nas pretensje, z czwórką nienagrodzonych nominowanych na czele. Rozumiem też, kiedy na przykład któryś z nominowanych nie przyjeżdża na galę wręczenia. Bo o ile bardzo fajne są te wszystkie spotkania z nominowanymi, to na gali trochę nieprzyzwoicie wykorzysta się ich do tworzenia spektaklu, w którym już mniej chodzi o świętowanie dobrych poetów i poetek czy poezji w ogóle, lecz o budowanie pozycji nagrody w konkurencji z innymi nagrodami. Tomasz Różycki kiedyś opowiadał mnie o nagrodzie amerykańskiej czy kanadyjskiej, do której był nominowany – tam głównym elementem uroczystości były czytania i spotkania z poetami, samą nagrodę natomiast potem wręczono w bardzo kameralnej atmosferze. Bardzo mi się ten model spodobał.

M.Ś: To chyba też piekielna robota? Jak udaje się Panu czytać te setki książek, które spływają rokrocznie do Fundacji?

B.H: Oczywiście nie można przeczytać wszystkich tomików od początku do końca. Jak przychodzi paczka z Fundacji, najpierw czytam parę wierszy z każdego tomiku, by poznać głos poety czy poetki. Na tej podstawie dokonuję pierwszy, intuicyjny wybór tomików, które potem czytam dokładniej.

M.Ś: Z jednej strony to całkowicie zrozumiałe i naturalne – bo taka jest po prostu praktyka czytelnicza, nie tylko wśród jurorów nagród, ale z drugiej, wydaje się jednak trochę krzywdzące… Jestem, szczerze mówiąc, pełny podziwu, bo ja na Pana miejscu chyba panicznie bałbym się ominięcia czegoś, przegapienia jakiegoś poetyckiego objawienia – nie ma Pan czasem takiego poczucia?

B.H: No, poza laureatem na którymś etapie wszystkich się krzywdzi. I jak się czyta Moje nagrody Thomasa Bernharda, to można dojść do wniosku, że w końcu laureata też… To jest nieuniknione w tej grze. Ale wiem oczywiście, że – tak samo jak ograniczony jest czas, który mam na czytanie przesłanych przez Fundację książek – moja perspektywa jest ograniczona, uwarunkowana wieloma czynnikami, i że zwłaszcza na tym pierwszym etapie istnieje pewne niebezpieczeństwo przegapienia czegoś dobrego, wartościowego. Pod tym względem uspokajające jest to, że w kapitule jest nas siedmiu. Czyli jeśli ja czegoś nie zauważam, istnieje dość duże prawdopodobieństwo, że koleżanka czy kolega zwraca na to uwagę.

M.Ś: W stosunku do Nagrody często pojawia się zarzut, że w Kapitule jest jedynie dwoje polskich native speakerów, a reszta z Państwa to tłumacze. Chyba nikt nigdy nie doprecyzował, dlaczego miałoby to właściwie być złe rozwiązanie, ale jak Pan sądzi, jakie są jego wady, a jakie – zalety?

B.H: Skład kapituły wynika chyba z tego, że Nagroda Szymborskiej pomyślana jest jako międzynarodowa. Na takim tle wydaje się sensowne, że i kapituła jest międzynarodowa. Ale mimo to składa się z osób dość dobrze orientujących się w polskim życiu literackim, nie tylko jako tłumacze, lecz także jako poloniści czy menadżerzy kultury. Co nas – obcokrajowców – odróżnia od polskich kolegów, to chyba to, że nie tkwimy tak głęboko w tym, co Pan wcześniej nazwał środowiskiem. I oczywiście patrzymy na polską poezję czy literaturę w ogóle z perspektywy tego, co dla naszej kultury może być interesujące, jakie teksty mogłyby się sprawdzić w tłumaczeniu. Nie wiem, czy to raczej zaleta, czy wada – to chyba zależy od punktu widzenia.

M.Ś: Chciałbym się tutaj odwołać do głośnego i ciekawego tekstu Zwiędłe laury instytucji Anny Kałuży, opublikowanego w „Małym Formacie”, w którym krytykuje system nagród literackich. Pisze tam ona, że międzynarodowość Waszej Kapituły to fikcja, która przesłania „zależność od trwałych historycznie norm estetycznych”. Jak Pan uważa, czy to spostrzeżenie jest trafne? Czy uwarunkowania kulturowe w nas rzeczywiście są tak silne, i czy tak trudne jest wyłamanie się z nich?

B.H: Wszyscy chyba jesteśmy zależni od takich norm. Bo rodzimy i kształcimy się w kontekście konkretnej kultury z konkretnymi tradycjami, do których się odnosimy. A mimo to Przyboś pisał inaczej niż Mickiewicz, Benn inaczej niż Goethe. Czyli jest ewolucja w poezji i jest ewolucja w odbiorze, bo nauczyliśmy się cenić i Przybosia i Benna, Różewicza i Celana. Natomiast fikcyjność albo może lepiej ograniczoność „międzynarodowości” naszej kapituły polega raczej na czymś innym – jak mówiłem, większość z nas bowiem jednak mocno związana jest z polską kulturą. Poprzez swoją pracę o wiele intensywniej zajmuję się polską literaturą niż niemiecką. Czyli do pewnego stopnia mój punkt widzenia też jest „wewnętrzny”. Ale jednak jako Niemiec polską poezję czytam przez pryzmat swojej niemieckości, co oznacza, że pewne wątki bardziej mniej interesują niż inne, że brakuje mi wiedzy, by rozpoznać czy docenić pewne rzeczy, ale także, że mogę doczytać się czegoś, co wymyka się uwadze polskich czytelników. Jako tłumacz oczywiście zadaję sobie pytanie, co mogłoby zainteresować niemieckich czytelników. Więc jest też perspektywa „zewnętrzna”, tym bardziej, że cudzoziemcy w kapitule reprezentują dość rożne obszary kulturowe.

M.Ś: Skoro już jesteśmy przy zarzutach… W zeszłym roku, po ogłoszeniu nominacji, gdy okazało się, że wyróżnieni zostali jedynie mężczyźni, rozpętało się środowiskowe piekło. Nie szczędzono Państwu cierpkich słów, oskarżano o seksizm i utknięcie w patriarchicznym modelu poezji. Z kolei w tym roku nominowane są aż cztery poetki i tylko jeden poeta. Wiele osób zdaje się sądzić, że zeszłoroczna krytyka odniosła skutek. Co Pan o tym sądzi?

B.H: Myślę, że tu częściowo wrzuca się dwie różne sprawy do jednego worka. Jedna sprawa, to pozycja poetek w środowisku czy na rynku literackim, druga to ocena konkretnych tomów poetyckich. Moim zdaniem sugerowanie, że między jednym a drugim istnieje jakiś bezpośredni, może nawet przyczynowy związek, jest tak samo naiwne czy mylące jak stwierdzenie, że żadnego związku nie ma. Na takiej podstawie też trudno wejść w rozmowę – bo jakże miałbym udowodnić, że nie jestem seksistą albo że interesuje mnie nie płeć poety/poetki, lecz to, czy jego/jej poezja jest dobra? Przy tym nie ukrywam, że cieszy mnie fakt, że tym roku w naszej piątce znalazły się cztery poetki. Bo i w zeszłym roku były „żeńskie” tomy, które na pewno zasłużyłyby na nominację. Na niektóre z nich zwrócili uwagę redaktorzy „Małego Formatu” w tekście Babskie wiersze. Ten głos zresztą także dlatego jest ważny, bo uświadamia, że ustalenie listy pięciu „najlepszych” tomów poetyckich danego roku, nie mówiąc o wyborze „najlepszego“ tomu, jest sprawą w dużej mierze umowną i niesprawiedliwą, bo zazwyczaj jest więcej pozycji godnych uznania i nagrodzenia. W tym sensie każdy nasz wybór jest skandaliczny.

M.Ś: I znów powraca tutaj przywołany wyżej tekst Anny Kałuży, w którym zwraca uwagę, że nie chodzi jedynie, a nawet w ogóle o wykluczenie kobiet, ale przede wszystkim głosów z „offu”, o powtarzanie tych samych nazwisk, tradycyjnych poetyk. Bo też faktycznie, rzadko do Szymborskiej nominowani są poeci „kontrowersyjni”, nigdy też nie nominowano żadnego debiutu.

B.H: No tak, rewolucyjną komórką nie jesteśmy. Fakt, że książka musi zdobyć cztery głosy z siedmiu, bo jak mówi regulamin, kapituła „podejmuje decyzje […] w formie uchwał, zwykłą większością głosów”, zmusza nas do szukania kompromisów. Zatem pewna mainstreamowość wynika już z samej konstrukcji nagrody. Mimo to nie do końca zgodziłbym się z tezą, że powtarzają się wciąż te same nazwiska i poetyki, przynajmniej nie te z pokolenia „bruLionu”, o których mówi Anna Kałuża. Przynajmniej dla mnie choćby Jakub Kornhauser czy Joanna Roszak (2016), Tomasz Bąk (2017), albo Natalia Malek czy Ilona Witkowska nie były takimi przewidywalnymi wyborami.

M.Ś: Chciałbym poświęcić parę chwil tym nominacjom. Co zadecydowało o tym, że akurat te, a nie inne książki zostały wyróżnione?

B.H: Proszę zrozumieć, że nie chciałbym tu uzasadniać naszej decyzji, bo to wewnętrzne sprawy objęte wg. regulaminu „zasadą zachowania w tajemnicy”. To na tym etapie chyba dotyczy także mojej osobistej opinii na temat pojedynczych tomów. Odpowiadam więc raczej formalnie, znów zwracając uwagę na przewidywany mechanizm dokonania wyborów: Zadecydowało to, że w danym momencie mniejsza lub większa większość jurorów zagłosowała za nominowanymi tomami.

M.Ś: Oczywiście! A zdradzi Pan, kto jest Pana faworytem?

B.H: Nie, bo nie mam, mimo że w piątce są książki, do których na razie mam cieplejszy stosunek niż do innych. Ale po nominacjach wszystko zaczyna się od nowa, bo teraz czyta i porównuje się już tylko tę piątkę tomików, co może doprowadzić do zupełnie nowych wrażeń i ocen. Więc sam jestem ciekaw wyników tej ponownej lektury.

M.Ś: Co z książkami, które nie weszły do ostatniego etapu? W przewidywaniach wymieniano Honeta, Sosnowskiego, Jarniewicza… Które książki było najtrudniej odrzucić, oczywiście Panu osobiście?

B.H: W zeszłym roku odkryciem dla mnie był Matecznik Małgorzaty Lebdy, w tym roku byłem pod wrażeniem książek Joanny Roszak (Przyszli niedokonani) i Jarosława Mikołajewskiego (Listy do przyjaciółki). U Roszak fascynuje mi rozwój jej poezji, w której element lingwistyczny coraz bardziej łączy się z opowiadaniem o świecie i zaangażowaniem. A Mikołajewski chyba powrócił do poetyki wcześniejszych tomów, z których sporo wierszy tłumaczyłem na niemiecki. Mógłbym kontynuować tę listę, i gdyby Pan jeszcze zapytał innych jurorek i jurorów, to pewnie usłyszałby Pan kolejne nazwiska, z których można by składać równie dobrą piątkę co aktualna.

Typografia i poezja

Fundacja Karpowicza, 2017

Jestem bardzo wrażliwy na to, jak książka jest wydana. Tymczasem wydawnictwa poetyckie w Polsce mają pewne problemy z dbaniem o oprawę graficzną i edytorską swoich książek. Króluje chyba podejście, że skoro nikt tego nie kupuje, to równie dobrze można olać sprawę, ale abstrahując już od walorów artystycznych, traci na tym również marketing. Umówmy się – sporej części nowych tomów wierszy przeciętny człowiek nie weźmie do ręki, jeśli nie kojarzy nazwiska autora. Najlepiej, oczywiście, wypadają giganci: WBPiCAK oraz Biuro Literackie.

Żeby daleko nie szukać, okładki Piotra Zdanowicza, pracującego dla WBPiCAKu, są zazwyczaj trafione w punkt, albo przynajmniej nie rażą. W dodatku widać, że wydawnictwo to stara się coś robić z oprawą swoich książek, szuka różnych formatów, układów, zindywidualizowanych dla danego dzieła. Niestety, gorzej jest z warstwą typograficzną – powtarzają się te same fonty w tych samych, sprawdzonych połączeniach, wariacji w zasadzie brak. Nieco gorzej, ale i tak przyzwoicie robi to Biuro Literackie, w którym za grafikę często odpowiada sam Artur Burszta (co bywa ryzykowne, por. słynna, okropna okładka do wierszy Pułki), a za skład – różne osoby, często poeci. Mniejsza jednak o wpadki okładkowe – kłopot w tym, że każda ich książka jest prawie taka sama. W podobnym albo tym samym formacie, na tym samym papierze, a przede wszystkim wiecznie, wiecznie tym samym fontem, niezależnie od treści i zawartości tomu. Nuda.

Mniejsze wydawnictwa to w ogóle często jest horrendum – wszystko wydane bez ładu i składu, w formatach wyjętych z koszmaru drukarza, zazwyczaj nieporęcznych, z typografią wołającą o pomstę do nieba itd. Widywałem książki, w których numer strony był podany drukiem o dziesięć-dwanaście stopni większym niż wszystko inne, albo takie, gdzie między wierszami nie było przerw poza znakiem gwiazdki, najwyraźniej żeby zaoszczędzić miejsce. Wiem, co zaraz padnie: porządne opracowanie książki to pieniądze, ceny wzrastają i dlatego właśnie książki BL i WBPiCAKu kosztują horrendalne 30-35 zł.

 

A niedawno dostałem do ręki Psalmy Julii Fiedorczuk, wydane przez Fundację na Rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, za których wygląd odpowiadał w całości Artur Skowroński (zaprojektował też Cichy chłód Hanny Janczak, również chwalony przeze mnie za estetykę wydania). Już samo powierzenie roboty w całości Skowrońskiemu jest godne pochwały, ponieważ tom zaprojektowany od początku do końca (skład, ilustracje, okładka) przez jednego grafika zawsze będzie bardziej zwarty i konsekwentny od tego, nad którym pracują niezależnie od siebie trzy osoby.

 

Książka jest przepiękna. Gustowna, minimalistyczna okładka wydrukowana jest na fakturowanym papierze, który w innych wypadkach zapewne wypadłby słabo, ale tutaj pasuje doskonale. Znajdziemy w niej serię porządnych, równie minimalistycznych ilustracji, a raczej interludiów graficznych, opartych na motywach roślinnych, pięknie zgranych z treścią tomu (nawiasem, jestem prawie pewien, że są oparte na jakimś darmowym wektorze albo brushu z Photoshopa, co tylko dowodzi, że da się zrobić coś z niczego). Wszystko w miękkich, pastelowych kolorach.

This slideshow requires JavaScript.

Nie dość, że książka ma ciekawy, niestandardowy format, to jeszcze charakteryzuje się świetną typografią – zarówno na okładce, jak i w środku. Ładnie połączony font szeryfowy w wierszach i bezszeryfowy w tytułach tworzą spójną, estetyczną całość. Ani nie wchodzą sobie w paradę, ani się nie zlewają. Skowroński oszczędnie operuje boldem i kursywą, do wyróżnień używając raczej kolorów (jak choćby na stronie redakcyjnej). Do książki dołączona jest płyta z muzyką, również świetnie wydrukowana. Można się czepić tylko tego, że całość jest słabo klejona, co każe mi obawiać się o jej trwałość.

Do czego dążę? Dostajemy do ręki świetnie wydaną książkę, z piękną grafiką i okładką, wydaną na jakościowym papierze, z bardzo dobrą typografią, a w dodatku z płytą CD. Wiecie, jaka jest cena okładkowa? 15 zł.

Piętnaście złotych polskich.

Da się? Da się.

A jakby tego było mało, to same wiersze też są rewelacyjne.

Nagroda szymborskiej 2018 – moje typy

Tak jakoś głupio wyszło, że Ziemia krąży wokół Słońca, a w dodatku się obraca i jakby tego było mało, jest jeszcze nachylona względem płaszczyzny ekliptyki. W efekcie w kółko dzieje się na niej mniej-więcej to samo w regularnych odstępach. Prawa astrofizyki są nieubłagane i siłą rzeczy oddziałują na istotki zamieszkujące planetę, które chcąc-nie chcąc muszą uwzględniać cykliczny charakter ruchu Ziemi w swojej kulturze. Efekt? Jak co roku od pięciu lat, w czerwcu zostanie przyznana Nagroda Poetycka im. Wisławy Szymborskiej.

Skłamałbym, oczywiście, gdybym powiedział, że przeczytałem wszystkie 80 książek, które zostały zakwalifikowane do drugiego etapu nagrody. Myślę jednak, że przeczytałem ich wystarczająco dużo, aby tkwiąca we mnie żyłka hazardu drgnęła i pozwoliła mi wytypować parę tomów, które w moim mniemaniu zostaną (a raczej powinny zostać) nominowane. Typowanie rozstrzygnie się w czasie konferencji prasowej 19 kwietnia. Czyli jutro. Tymczasem – do rzeczy.

1 – Roman Honet – ciche psy

Biuro Literackie

Nowa książka krakowskiego poety jest rewelacyjna i stanowi błyskotliwy punkt zwrotny w jego twórczości, realizując nowy paradygmat poznawczy bez zniszczenia tego, co u Honeta najbardziej pociągające, czyli obrazowej, surrealistycznej poetyki. Tak się jednak składa, że Honet dostał już Szymborską za Świat był mój. Nie powinna to być żadna przeszkoda, ale spójrzmy prawdzie w oczy: jest. Dlatego to typ mocno ryzykowny.

2 – Maciej Woźniak – Obywatelstwo podwójnego kraju

WBPiCAK

Obywatelstwo… nie jest najlepszą książką Woźniaka, bo – jak mi się zdaje – tytułu nadal broni Ucieczka z Elei. Nie zmienia to faktu, że tom jest bardzo dobry, świetnie pokazuje, że strategie klasycystyczne wcale nie muszą być nudne ani niedzisiejsze, a Woźniak od bardzo dawna, jak to się ładnie mówi, „robi robotę”, nadążając wartko za współczesnością, co zresztą świetnie pokazuje również w swoich tekstach na Dwutygodniku.

3 – Julia Fiedorczuk – Psalmy

Fundacja Karpowicza

Bezprecedensowy w ostatnich czasach wypadek książki poetyckiej, która przy pewnej dozie powściągliwego klasycyzmu i dążności do operowania na fundamentaliach, ani na sekundę nie wpada w patos, wielkosłowność i płaczliwy ton. Jednocześnie nie sięga również do przepastnego wora ironii, autoironii czy postironii. Jest to liryka w najlepszym tego słowa znaczeniu, refleksyjna, nowoczesna, operująca konkretem w równej mierze, co abstrakcją; a przy okazji absolutnie przepięknie wydana.

4 – Ilona Witkowska – Lucyfer zwycięża

Ha!Art

Nie było jeszcze w Polsce tak dobrej książki utrzymanej tak ściśle w nurcie poezji zaangażowanej – i nawet jeśli Witkowska nominacji w końcu nie otrzyma, to nie wierzę, że umknie uwadze kapituły. Minimalistyczna precyzja połączona z rozsądnym wkurwem nikomu nie może umknąć.

5 – Andrzej Sosnowski – Trawers

Biuro Literackie

Nie oszukujmy się, prawie w każdej edycji nagrody nominowany jest jakiś szacowny nestor polskiej poezji. W tym roku może to być Sosnowski, Lipska, Kierc, Jarniewicz albo Kronhold (ale on był nominowany w zeszłym roku za absurdalnie zły Skok w dal) – z tej piątki wybieram Sosnowskiego, bo może i jego książka niewiele zmienia w kontekście reszty twórczości, ale za to jest bardzo dobra.

 

 

LISTA REZERWOWA

No dobra, ale ciekawsze rzeczy dzieją się chyba tam, gdzie nominacji raczej nie przewiduję, a fajnie by było, gdyby się pojawiły.

  • Robert Rybicki – Dar Meneli (BL). Rybie za tę książkę należy się jakaś nagroda jak psu buda, niestety, autor jest tak trudny, że nikt o zdrowych zmysłach go nie nominuje. Ale kiedyś napisze coś tak dobrego, że nawet to nie będzie miało znaczenia i dostanie. I jeszcze nam pokaże.
  • Maciej Topolski – na koniec idą (Dom Literatury w Łodzi). Bardzo trudna, ale świetna liryka filozoficzna, w którą trzeba się solidnie wgryźć, o czym boleśnie się przekonałem, pisząc niezbyt przychylną minirecenzję, tylko po to, żeby później pośpiesznie odwoływać to co napisałem. Niestety – debiut. Szanse znikome.
  • Darek Foks – Kronsztad (WBPiCAK). Konsekwentna, mikromalistyczna poetyka Foksa (o wiele ciekawsza niż u Sendeckiego), rozwijana od parunastu lat, naprawdę zasługuje w końcu na porządne wyróżnienie – ale Foks ma po prostu mega pecha do nagród i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić.
  • Agata Jabłońska – Raport wojenny (WBPiCAK). Moim zdaniem książka równie dobra co Witkowskiej, utrzymana w bardziej uniwersalnym rejestrze niż Lucyfer zwycięża, ale o wiele mniej efektowna – dlatego może przepaść. Zwłaszcza, że to również debiut.
  • Kacper Bartczak – Pokarm suweren (BL). Bardzo ciekawy przykład poezji… dziwnej poezji. Zdecydowanie zbyt hermetyczny.

Oczywiście cały ten wpis nie ma większego sensu. Kapituła Szymborskiej wielokrotnie udowodniła swoją całkowitą nieprzewidywalność, co zresztą ma swój głęboki sens. Nie wspominając o tym, że składa się w 80% z osób nie obcujących na co dzień z polską sceną literacką, wolna jest więc od wpływu plotek, recenzji i blurbów – w przeciwieństwie do nas. Jak będzie, przekonamy się jutro. A jakie są wasze typy?

„Ja nie rozumiem”, cz. 1: Pięć faktów o poezji najnowszej

Krzysztof Jaworski ft. Bunkier Cafe

Nie zliczę, ile razy odkąd zajmuję się literaturą, słyszałem takie zdania: „ja nie rozumiem współczesnej poezji”; „współczesna poezja jest dla mnie za trudna”; „lubię dwudziestolecie, ale współczesnej poezji nie chwytam”, albo nawet: „zazdroszczę, też chciałbym rozumieć”. Wskutek przedziwnej tradycji, panującej w naszym kraju, poezja najnowsza jest mistyczna, niepojęta i przeznaczona tylko dla wąskiej sekty wtajemniczonych, którzy potrafią ją zrozumieć i zinterpretować.

Tego typu myślenie, które uważam za błędne, pokutuje od dawna w recepcji polskiej liryki, której czytelników, jak wiadomo, jest tysiąc stu trzydziestu czterech i ani jednego więcej. Właśnie przez takie przyzwyczajenia odbiorców tomy wierszy wydawane są w żenujących nakładach, które zwykle się nie sprzedają, a redaktorzy odkrywają, że najrzadziej w ich czasopismach czytane są kolumny poetyckie.

Walka z tym porządkiem jest walką z wiatrakami i wielu przede mną ją podejmowało, ale to nie jest żaden powód, żeby rezygnować. Dlatego otwieram cykl, którego pierwszą część właśnie czytacie, mający udowodnić nieprzekonanym czytelnikom, że owszem, mogą i potrafią zrozumieć poezję współczesną, ba, mało tego, że to może być fajne. Będzie się opierał głównie na lekturze konkretnych tekstów, ale najpierw należy ustalić garść faktów.

Fakt 1: nie można źle zrozumieć wiersza

Częstym lękiem, którym dzielili się ze mną wanna-be czytelnicy poezji, był ten, że źle zrozumieją wiersz. Że są za głupi, za mało oczytani albo za mało wrażliwi na dobre odczytanie czyjegoś dzieła. Tymczasem prawda jest taka, że wiersz może zostać źle (to znaczy niezgodnie z intencją autorską) zrozumiany, ale nie można go źle zrozumieć. Każdy rozumie poezję po swojemu. To kwestia całkowicie indywidualna. I jeśli odczytujesz jakąś frazę w sposób X, a twój kolega w sposób Y, to nie jest tak, że któreś z was się myli; przeciwnie, obydwaj interpretatorzy mają zapewne swoją rację. Nawet jeśli autor utworu uważa, że jego wiersz oznacza Y, to Twoje X wcale nie jest gorsze. I to jest właśnie w tym biznesie najlepsze i najciekawsze.

Fakt 2: wiersz jest dla ciebie

Najważniejszy w procesie odbioru jesteś Ty, czytelnik. Nie jesteś już w szkole i nie usadzono Cię przed przypadkowym tekstem Mickiewicza, żebyś go zanalizował i zinterpretował na ocenę; nie musisz się ani śpieszyć, ani starać, jeśli nie masz ochoty. Masz czerpać z lektury przyjemność, taką samą, jaką czerpiesz z dobrej powieści. A jeśli siedzisz, czytasz i za cholerę tego nie chwytasz, to nie znaczy, że jesteś za głupi; po prostu poeta ci nie siadł. Ja na przykład nie czytuję kryminałów, bo mnie nie bawią. Nie czyni mnie to gorszym od fanów Katarzyny Bondy; po prostu odkładam Bondę i sięgam po Sapkowskiego.

Oczywiście, wiersze rzadko są utworami rozrywkowymi, ale przecież czytanie poważnych książek też potrafi sprawiać przyjemność. I nie ma żadnego powodu, dla którego miałbyś się tej przyjemności bać, albo żebyś musiał czytać poezję, która ci się nie podoba. Nikt Ci nie każe.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym: to, że poeta dostał jakąś nagrodę, albo jest nazywany wybitnym, nie znaczy, że musisz go lubić i odwrotnie: jeśli o czyichś wierszach w ogóle nie słychać, nie znaczy to, że są złe.

Fakt 3: „wiersz nie jest cudem”

Ta używana w środowisku Ha!Artu fraza oznacza co innego, ale daje się świetnie zaadaptować do naszych potrzeb. „Wiersz nie jest cudem”, czyli nie stanowi dzieła natchnionego giganta, będącego tubą absolutu, na której Eufrozyna razem z resztą muz wygrywa wieczyste wersety. Wiersz to zwykły kawałek tekstu, taki sam jak artykuł w gazecie albo opowiadanie. Albo post na Facebooku. Ktoś – taki sam człowiek, jak ty – wpadł na pomysł, a potem wziął i napisał. Nie obcujesz z czymś wyższym, lepszym, fajniejszym, tylko ze zbiorem literek i z tego prostego powodu nie ma sensu go unikać ani się go bać.

Fakt 4: lektura wymaga wprawy

W tym jednym poezja faktycznie różni się od literatury popularnej: czasem wymaga odrobiny doświadczenia. Dlatego większość czytelników zaczyna od poezji romantycznej albo dwudziestolecia międzywojennego: dzięki o wiele prostszej formie i operowaniu łatwiejszymi metaforami, wydaje się bardziej przystępna. I bardzo dobrze, to dobry trening. Ale nie należy unikać poezji współczesnej dlatego, że na pierwszy rzut oka wydaje się niezrozumiała.

Dlaczego? Bo taka nie jest. Wiersze Honeta są może i bardziej skomplikowane, niż wiersze Tuwima, ale nie stają się przez to niezrozumiałe. Jest spora szansa, że za pierwszym razem nic się z Honeta nie zrozumie, tak samo jak dziecko, które sięgnie po Leśmiana. Ale wystarczy wrócić do niego trochę później, kiedy obezna się już ze sposobami współczesnego metaforyzowania, żeby stał się o wiele jaśniejszy.

I wcale nie trzeba sobie z tego zdawać sprawy. Wystarczy czytać, czytać, czytać, żeby klocki same wskoczyły na swoje miejsce.

Fakt 5: wiersz współczesny to twój wiersz

Jako mieszkaniec świata współczesnego jesteś naturalnie predestynowany do czytania i rozumienia współczesnych wierszy. To są utwory, które piszą ludzie tacy sami jak Ty – wstają rano, piją kawę, mają smartfony, pracują gdzieś w korpo, w wolnych chwilach oglądają Grę o tron i narzekają na PiS, a potem idą na imprezę i wrzucają zdjęcia na Instagrama. Przebywają w podobnym do Twojego środowisku, mają podobne do Twoich problemy, mówią tym samym językiem. Też się martwią, jak dożyć do pierwszego i też zaśmiewają się z kotków w internecie.

Tymczasem poeci dawni żyli w innych czasach i mieli inne kłopoty. Dlatego dziś czytamy tylko te ich wiersze, które dotyczyły rzeczy uniwersalnych, takich jak miłość czy nostalgia. Dlatego potrzebujemy w ich wierszach przypisów, adnotacji i objaśnień. Gwarantuję, że Twoje wnuki też będą potrzebować przypisu, żeby zrozumieć tę frazę z Tomka Bąka:

Po zamknięciu wszystkich kart incognito
wyświetlane na nich strony nie pozostawią żadnych śladów
w historii przeglądarki, magazynie plików cookie ani
historii wyszukiwania.

Ty, czytelniku, nie potrzebujesz przypisu. Dlaczego? Bo, tak samo jak Tomasz Bąk, używasz, albo przynajmniej używałeś kiedyś Google Chrome. Korzystaj z tego.

W następnym wpisie z cyklu przeczytamy jakiś wiersz i zobaczymy, co uda się z niego zrozumieć. Bądźcie na bieżąco!

Pięć książek poetyckich idealnych na kiepski prezent

Jeżeli naprawdę zamierzasz kupić komuś na gwiazdkę książkę z wierszami, to oznacza, że albo jesteś psychopatycznym fanem liryki z poczuciem misji, albo masz w rodzinie kogoś, kogo nie lubisz – polecam rozważyć ten pomysł i zdecydować się na skuter wodny, ewentualnie nowego Xboxa. Jeśli jednak się uwziąłeś i/lub któreś z powyższych jest prawdą, względnie nie chcesz stracić dwóch kafli na konsolę, przygotowałem krótki wybór.

1. Marcin Sendecki – W
prezent na gwiazdkę
Biuro Literackie, 2015

Umówmy się – nie znajdziecie lepszego tomu wierszy na prezent. Po pierwsze, jest szansa, że obdarowany faktycznie przeczyta chociaż kilka utworów, ponieważ większość z nich nie ma nawet dwóch wersów. Po drugie, recenzja książki ukazała się (z rocznym opóźnieniem, ale nie bądźmy małostkowi) w Gazecie Wyborczej, więc istnieje niewielkie, ale jednak, prawdopodobieństwo, że ktoś skojarzy nazwisko i nie pomyli go z Wielkim Inkwizytorem Eugeniuszem Sendeckim. Po trzecie, W jest doskonałym pretekstem do burzliwej dyskusji na temat tego, że współczesna poezja to nie poezja i czemu to się nie rymuje, przecież ja też bym takie napisał.

2. Szczepan kopyt – wypisy dla klas pracujących
prezent na gwiazdkę
WBPiCAK, 2017

Koniecznie dla osoby ze skrzywieniem prawicowym, najlepiej bratu-korwiniście albo wujkowi-przedsiębiorcy, bo dawanie Kopyta wyborcy Razem jest trochę jak wyważanie drzwi obrotowych. Przy odrobinie szczęścia osiągniesz sążnisty flamewar przy wigilii, a jeśli naprawdę ci się pofarci, to nie tylko zyskasz nowego marksistę w rodzinie, ale w dodatku dostarczysz światu dowodu na zasadność istnienia liryki zaangażowanej.

3. Roman honet – ciche psy
prezent na gwiazdkę
Biuro Literackie, 2017

Ta książka powinna powędrować do tej jednej osoby w rodzinie, która uwielbia święta i chodzi po domu w swetrze z reniferami i czapce Mikołaja. I cały czas podśpiewuje Last Christmas. Po lekturze kilku pierwszych wierszy z cichych psów zrozumie, że nie ma czegoś takiego, jak szczęście, że istnieje tylko miłość i śmierć, obydwie są siłami nieokiełznanymi i równie niszczycielskimi, a smutek to bieg krwi. Resztę świąt spędzi płacząc w łóżku, a ty będziesz mógł spokojnie słuchać nowego Organka zamiast Wham!.

 

 

4. Jakobe Mansztajn – Studium przypadku
prezent na gwiazdkę
WBPiCAK, 2014

Można spokojnie założyć, że Mansztajn już nic nie wyda w przerwach od robienia nieśmiesznego programu w telewizji, więc będziesz mógł sprzedać młodszej siostrze czy wrażliwej cioci smutną historię poety, który pisał piękne wiersze, ale zmarł bardzo młodo i już nic nie stworzy. Będzie wzruszająco i familijnie, zrobisz wrażenie, a zapewne nikt się nie zorientuje, że mylisz go z Pułką.

 

 

5. Adam Zagajewski – Wiersze wybrane
prezent na gwiazdkę
Wydawnictwo a5, 2010

Absolutna klasyka, w każdym tego słowa znaczeniu. Przyda się, kiedy autor dostanie Nobla, a w międzyczasie będzie się pięknie prezentować na półce między Pismem Świętym a Encyklopedią.

 

 

 

 

 

Jeśli macie inne propozycje, jaka książka poetycka zepsuje (albo i naprawi) komuś święta, bardzo chętnie je poznam!

Wielkie zmiany, małe zmianki

Po grubo ponad roku działalności i dokładnie sześćdziesięciu siedmiu wpisach „Porozmawiajmy o poezji” dotarło do granicy, poza którą wykroczyć nie mogło – czego oczywistym dla nas, autorów, dowodem, jest fakt, że nie aktualizowaliśmy bloga od czterech miesięcy.  Przyczyny takiego stanu rzeczy są równie prozaiczne, co prawdziwe: pochłonęło nas życie, inne projekty, a zwłaszcza kwartalnik „KONTENT”, w którym wszyscy maczamy palce.

W związku z tym planowaliśmy zakończenie działalności. Ponieważ jednak dotarły do nas liczne (i bardzo miłe) głosy zatroskania losem bloga, zdecydowaliśmy inaczej, wierząc, że mimo niszowości i specyficznej formuły „Porozmawiajmy…” zajęło jakieś skromne miejsce na mapie światka literackiego. Dlatego bloga – w formie nieco odświeżonej – przejmie Marcin, który gotowy jest kontynuować dzieło. Fanów pisania Weroniki i Mikołaja uspokajamy – od czasu do czasu będą pojawiać się we wpisach gościnnych!

Razem z tą ogromną zmianą idą zmiany mniejsze, chociaż nie mniej ważne. Blog otrzymał nową, minimalistyczną szatę graficzną, jak również nową, skróconą nazwę (z czym nosiliśmy się od wieków), która wydaje się nam o wiele mniej infantylna. Liczymy, że nie zawiedziemy tymi decyzjami zaufania czytelników i nadal będą chętnie tu zaglądać.

Pod domeną o-poezji.pl znajdziecie od dzisiaj nowego bloga; stary, razem z archiwum jego wpisów, będzie dostępny pod linkiem w menu z lewej strony, a także na swojej oryginalnej domenie o-poezji.blogspot.com