Opened/closed. O „Drugiej ręce” Bonowicza i „Kordzie” Malek

Omówienie książek nominowanych do Szymborskiej 2018 – siłą rzeczy, w związku z formułą bloga – pobieżne, przyszło mi rozpocząć od tych dwóch tomów, które w zestawionej piątce uważam za najsłabsze. Mi samemu wydało się to o tyle ciekawe, że są to zbiory nadające na kompletnie różnych częstotliwościach, ba, zaryzykowałbym nawet tezę, że ustawione w przeciwległych kątach pokoju z poezją. Mowa o Drugiej ręce Wojciecha Bonowicza oraz Kordzie Natalii Malek.

Bonowicz, co stwierdzam z pewną dozą ambiwalentnych odczuć, co prawda porusza się do przodu na osi X swojej twórczości, ale za to robi to w doprawdy żółwim tempie. Jeśli chodzi o formę, dostajemy dokładnie to samo, co wydanych 5 lat temu i również nominowanych do Szymborskiej Echach – utrzymane w tonie refleksyjnym obrazy, wieńczone czasami efekciarską pointą. Co jakiś czas zdarzają się też kilkuwersowe migawki w stylu późnego Krynickiego, jednak pozbawione obezwładniającej precyzji nowofalowego poety, a jedna z nich w tym kontekście brzmi dosyć sardonicznie:

Nie potrzebuję

Naprawdę nie potrzebuję

nowych nazw
na stare rzeczy.

Ale wcale nie powtarzalność poetyki, która potrafi być przecież zaletą, stanowi o książce Bonowicza. Ewolucja jego poezji obejmuje przede wszystkim sposób realizacji pewnego postulatu, którego – abstrahując od hajpu na bekę z Zagajewskiego – nie da się ująć inaczej, niż „poszukiwaniem blasku”. Podmiot Bonowicza patrzy na zwyczajny świat i szuka w nim niezwyczajności, próbuje nadpisać codzienność metafizycznym sensem, a w tym tomie staje się to prawie jego obsesją.

Co jeszcze umiem

Wywiesiłem na noc pranie. Co za głupota!
Zamiast zrobić pranie o świcie pozwalam mu
wciągnąć resztę wilgoci jaka została z dnia.
Jest po deszczu. Krótkim i gwałtownym.
Z chodników i jezdni szybko wyparowało
to co spadło. Uczę się żyć sam. W domu
pełnym ludzi to nie takie trudne.

Wydawnictwo a5, 2017

Uważny czytelnik prawdopodobnie domyśli się z powyższego akapitu i ilustrującego go tekstu, jaki będzie mój główny zarzut w stosunku do poety. Otóż to: to jest wtórne, a gdybym chciał być złośliwy, to dodałbym jeszcze: nudne. Mimo to nie chcę się wyzłośliwiać, bo książka Bonowicza budzi we mnie jakąś nutę sentymentalizmu, tęsknoty za czasami zapoczątkowanymi przez Williamsa, kiedy poezja mogła sobie mówić o czerwonych taczkach albo wieszaniu prania, usiłować zbliżać się do rzeczy i nie musiała mieć podbudowy teoretycznej z nauk politycznych ani ontologii. W tym sensie jest to tomik – co mi tam, użyję tego protekcjonalnego słowa – uroczy. Ale aby przebić się przez wrzawę dojrzałych projektów poetyckich, rozbrzmiewających coraz głośniej w kolejnych miastach Polski, Bonowicz musiałby coś jednak ze sobą zrobić: zaprząc do kieratu nowe poetyckie zabawki, uatrakcyjnić jakoś to odwieczne poszukiwanie metafizycznego sensu. Niestety, nie robi tego. I w efekcie otrzymujemy Drugą rękę, która kojarzy mi się z piosenkami Spice Girls: stanowi guilty pleasure, która nudzi się po kilku przesłuchaniach.

Z Kordem sytuacja jest prawie dokładnie odwrotna. Pierwsza lektura tej książeczki powinna być każdorazowo pointowana confused math lady memesem. Tom jest spójny i konsekwentny, a jednak trudno mi powiedzieć o nim coś konkretnego, co nie będzie brzmiało jak wyimek z Derridy, ponieważ sensy w nim rozmywają się w nieskończoność i nie udało mi się otworzyć ich żadnym wytrychem. Między innymi w tym właśnie, jak mi się zdaje, upatruje jakości Kordu Dawid Kujawa, o czym pisze w swojej fikuśnej recenzji w „Małym Formacie”: „[wiersz] nie wymusza na czytelniczce, aby nadążała za eksperymentem (przez co zwykle zupełnie gubi tok wypowiedzi i pozostaje względem wiersza wyalienowana, nawet jeśli ów wiersz ceni), za to łokciami rozpycha się wewnątrz nawyków lekturowych, poszerzając tym samym pasmo odbioru, jakie ma do dyspozycji.”

Trudno mi się pod tym zapożyczonym zdaniem nie podpisać, z tym, że ja – ceniąc, owszem, inwencję i nowatorstwo takiego rozwiązania, uważam je za przeraźliwie i (mówiąc wprost) przesadnie hermetyczne, ponieważ chcąc nie chcąc dąży do niezrozumiałości tekstu i konieczności postrzegania poezji przez pryzmat rozbudowanego aparatu krytyczno-naukowego humanistyki. To z kolei prowadzi do postępującej elitaryzacji wiersza, czego nie uważam za szczęśliwą i dobrą drogę dla literatury.

Co zrobić, gdy milczy liberalna inteligencja?

Rozstawić nogi na szerokość bioder.
Lekko zgiąć.
Ręce wyprostować przed siebie – niech tworzą belę materiału, jaśniejszą dechę pirsu.

Powtórzyć:

wwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwJestem wolna jak żararaka.
wwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwJestem groźna jak córka żararaki.
wwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwJeszcze nikt mnie tak nie pożądał.

WBPiCAK, 2017

U Malek wszystko jest wyjątkowe. Zestawienia obrazów, dobór leksyki, konstrukcja wiersza, nawet budowa książki, bo na prośbę autorki WBPiCAK zmienił fonty, papier i pozycję wierszy (są wyrównane do dolnego marginesu). W efekcie otrzymujemy książkę bardzo ciekawą dla krytyków i specjalistów, ale, jak mi się zdaje, zbyt zamkniętą dla osób mniej wgryzionych w analizy spod znaku Lacana i Marksa. Podkreślam raz jeszcze: nie uważam tego za immanentną wadę książki, natomiast w moim osobistym odczuciu taka taktyka sprawia, że tom staje się po prostu zbyt abstrakcyjny.

 

Awokado bar

W awokado barze wiedzą, co to ciągłość. Pakują
w kartony:

duo, trio, wianuszek, czyli nimb. Wszystko, co mają, zawdzięczają rodzinie
jaskrów.

Spotykają się tam czasem i proszą o więcej – ziół i ziaren – facet w parmalatce,
facet z diastemą i Milena, która nie zajmuje stron.

Jest jedna rzecz, która mogłaby w takiej sytuacji Malek uratować: a mianowicie frazowanie w ten sposób, aby przy jednoczesnym rozmyciu sensów kreować język poetycki zachwycający estetyką, wkręcający się jak śrubka w proces odbioru, każący czytać dalej mimo hermetyzmu, tak jak robił to na przykład „środkowy” Siwczyk. Niestety, być może minimalistyczna metaforyka Kordu trafia do innych – do mnie niespecjalnie.

Gdyby ktoś poprosił mnie o skomentowanie decyzję jury (jakkolwiek nie ma to większego sensu), powiedziałbym, że nominacja dla Malek jest jednak mniej zaskakująca, niż ta dla Bonowicza. W tym pierwszym wypadku mamy do czynienia bowiem z ambitnym eksperymentem artystycznym, który powinno się i należy wyróżniać, tak jak to cierpliwie tłumaczył w latach 70. Karol Estreicher, tymczasem Bonowicz trafił, zdaje się, trochę do nie swojej bajki. Już w nominacjach do Nike mu lepiej.

Za egzemplarze książek bardzo dziękuję Fundacji Wisławy Szymborskiej.

Damian Dawid Nowak – Inaczej niż w lustrze

FONT 2018, fot. facebook.com

Kiedy dostaję od autora książkę złą, zazwyczaj ograniczam się do przemilczenia tego faktu na blogu, wychodząc z założenia, że już sam ten fakt stanowi pewną formę komentarza. Ostatnio jednak doszedłem do wniosku, że jeśli ktoś decyduje się wysłać mi swój tomik, to najwyraźniej liczy się z ewentualnością, że zostanie on źle odebrany. Dlatego też zdecydowałem się – mimo wątpliwości – napisać parę słów o  Inaczej niż w lustrze Damiana Dawida Nowaka, książce, która w klasyczny sposób łączy dwa elementy zazwyczaj idące w parze,  to znaczy całkowitą nieświadomość warsztatu poetyckiego z irytującym pustosłowiem.

Jak dowiadujemy się z blurba (a zaczynam być ich koneserem), napisanego nota bene przez Łucję Dudzińską, czyli redaktorkę serii, w której książka została wydana, „Autor mówi o sobie, że, […] w tym tomie wierszy chce się pozbyć >>emocjonalnych toksyn z organizmu<<”. Jest to, niestety, prawda. Emocjonalna toksyna jest zdecydowanie dominantą stylistyczną książki, a Nowak pozbywa się jej bez najmniejszej żenady, zalewając czytelnika swoimi prywatnymi przemyśleniami na tematy „odpowiednie” dla poezji, jak np. przemijanie albo śmierć.

Pozbywanie się toksyny polega głównie na narracyjnym, pseudoherbertowskim (nawiasem, jeden z wierszy obdarzony został wdzięcznym tytułem dlaczego Herbert) prowadzeniu sytuacji lirycznej w ten sposób, aby nie pozostawiała czytelnikowi nawet najmniejszej luki, w którą mógłby się wśliznąć ze swoją wrażliwością.

Autor tak dalece dba o krystaliczną zrozumiałość swojej „nasyconej filozoficznym podejściem myśli” (znów blurb), że do wierszy dodaje przypisy. Jeden wyjaśnia na przykład, że „wic w gwarze śląskiej oznacza żart”, a drugi wprowadza czytelnika w sytuację osobistą Nowaka. Nie robi to zresztą większej różnicy, ponieważ prawie wszystkie utwory wieńczą bezwzględnie odbierające wszelką nadzieję na elastyczność interpretacji pointy, na przykład takie: „dopiero kiedy z własnego wyboru/ straci się wszystko – jest się człowiekiem”.

Kiedy znajduje się we współczesnej poezji tak nieznośnie patetyczną frazę, natychmiast włącza się w głowie czerwona syrena alarmowa z napisem IRONIA. Niestety, proszę państwa, fałszywy alarm, nic się nie stało, proszę wracać do łóżek: ironia w Inaczej niż w lustrze pojawia się tylko tam, gdzie autor pomstuje na chorą cywilizację, w której przyszło mu żyć, na przykład w ten sposób:

jak wyginiemy

według tego algorytmu rodzą się dzieci
według drugiego umierają i wic w tym
żeby pierwszy działał sprawniej
kiedy zabraknie cyfrowych dusz
z naczynia rozleje się strumień kodu
nie zostanie nam ani jedna czysta strona
ani jeden znak nie będzie świadectwem
istnienia sieci a wszystkie banki pamięci
staną się zimnymi nagrobkami
przestrogą dla nikogo przed utratą siebie
na rzecz profilu pełnego iskier

Jak widać, nawet tam, gdzie pojawia się odrobina sarkazmu, zostaje on natychmiast zdławiony przez tsunami patosu. Nic w tym dziwnego, ponieważ jest to poezja tak skrajnie skoncentrowana na podmiocie, jak rzadko się zdarza; całe rekwizytorium, wszystkie narzędzia poetyki i gramatyka (bo nawet tam, gdzie pojawiają się jacyś inni bohaterowie, zawsze wszystko wraca do 1. Os. L. p.) podporządkowane są przedstawieniu jego nieszczęsnej udręki i przemyśleń z gatunku ambitnych (rodzaj wzniosłe, rząd poetyckie, gromada nudne).

No dobra, ale czego właściwie dowiadujemy się o tym podmiocie? Jest, oczywiście, wrażliwy, poszukuje sensu życia, cierpi z powodu straty, próbuje utopić ją w alkoholu i imprezach, ale nie daje mu to spełnienia, mimo że, oczywiście, jest donżuanem, pracuje gdzieś w korpo i to go wypala, a w wolnych chwilach ubolewa nad straconym czasem i zaprzepaszczonymi okazjami. Jeżeli ten portret wam nic nie mówi, to podpowiadam: mowa o zwykłym trzydziestolatku z Warszawy. I jest to kadr owszem, precyzyjny, ale pochodzący z najgłębszych otchłani ego, a więc po pierwsze, równie ordynarny, co jego bohater, a po drugie – skłamany.

O ile podmiotocentryczność czasem potrafi być zaletą, jak choćby u Łukasza Jarosza, tutaj razi jak stuwatowa żarówa w ciemnej piwnicy niewiele znaczących sformułowań. Bo też mało w tym tomie da się znaleźć fraz, które oznaczają coś konkretnego, coś, co łączy się w jakikolwiek sposób z rzeczywistością i nie odsyła do abstrakcyjnych rozważań podmiotu na tematy wszelakie.

Pomijam już młodopolskie koszmarki w stylu „masz oczy które spijają pustkę/ i plączesz się w niedopowiedzeniach”, czy frazy wyjęte żywcem z piosenek Bajmu („nie wiedziałem że widzę cię ostatni raz”) – cała książka wypełniona jest rekwizytami, które w zasadzie nie posiadają jakiegokolwiek znaczenia denotatywnego, z rodzaju „prawdy”, „wiary”, „straty”, „bieli”. A najlepszym przykładem (chociaż na szczęście statystycznie dosyć rzadkim) będzie tutaj chyba bóg, bóg w najgorszym wydaniu, wyjęty nie z porządku sakralnego, ani nawet prywatnego, ale wpakowany w sztywną ramę kategorii absolutnej i oznaczający poetyckie „wszystko”, metaforycznego blanka, którego można wsadzić gdziekolwiek, bo i tak będzie pasował.

Kolejną rzeczą, którą według blurba „mówi o sobie autor”, jest to, że „świadomie operuje słowem, dobiera środki wyrazu”. Jeśli w istocie tak jest, a przecież nie mogę tego wykluczyć, to nie potrafię niestety zrozumieć, dlaczego Nowak świadomie skazuje się na rolę kiepskiego epigona klasyków, zamykając swoje nieciekawe refleksje w banalnej, narracyjnej poetyce, trącącej w dodatku – jak już wspominałem – niemiłosiernym patosem, zamiast ratować je formalną sprawnością? Zagadka. Nowakowa taktyka poetycka to migawkowe zestawianie ze sobą pretensjonalnych obrazów, z których wynika niewiele poza pewnym wglądem w zapatrywania estetyczne autora. Prawdopodobnie stąd zresztą irytująca maniera pointowania wszystkiego wprost: inaczej nie składałoby się w to w żadną sensowną całość i w tym sensie jest to zabieg całkiem funkcjonalny.

Koniec końców najgorsze w tym wszystkim jest to, że nawet ta niezbyt miłosierna krytyka trąci  przesadą, ponieważ Inaczej niż w lustrze jest najzwyczajniej na świecie nijakie, nudne, pozbawione polotu, naznaczone tak silnie osobą autora, że całkowicie wyjęte z dyskursu czytelniczego – chociaż nie wątpię, że zainteresuje bliskich Nowaka, którzy pewnie chcą wiedzieć, co mu w duszy gra. I nawet tam, gdzie pojawia się jakaś ciekawa fraza, zazwyczaj otwierająca, zostaje zabita ze szczególnym okrucieństwem już kilkoma następnymi wersami:

my niewyspani

nie orgazm a sen to mała śmierć
dlatego unikamy łóżka w tym celu
czy jesteś w stanie poznać
(może po stawianych krzywo
literach może po przekrwieniu)
który z nas i ile już nie śpi?
czatujemy w obawie że nas ominie
coś może sens tego nie wiem
wpatrujemy się w okna palcami
spacery na drugą część globu
w drogę powrotną listem do kogo
największy strach niewyspanych
to że na końcu nikt nie czeka
z kocem i ciepłym kakaem
(ten sens jednak nie jest ważny)

Jaś Kapela – Modlitwy dla opornych

Ha!Art 2017, fot. ha.art.pl

Należę do tych nielicznych (jak mi się zdaje) osób, które Jasia Kapelę biorą śmiertelnie poważnie. Nawet Dobrego trolla, powieść, którą większość z moich znajomych skazała w przedbiegach na nieistnienie, przeczytałem uważnie i szczerze mówiąc nie bez przyjemności. Nie zraziła mnie również nigdy konsekwentna autokreacja autora, w której intuicyjnie wyczuwam więcej auto niż kreacji, a to budzi sympatię. Dlatego lekturę nowej „Czerwonej serii” Ha!Artu, redagowanej przez Maję Staśko, zacząłem właśnie od Modlitw dla opornych. I nie zawiodłem się.

Owszem, to książka na wskroś polityczna. Lewicowość autora i jego podmiotu, a raczej autora/podmiotu, bo w tym wypadku oddzielenie jednego od drugiego jest w zasadzie niewykonalne, przesyca tomik żywiołową aurą marksistowskich estrów. Warstwa ideowa tekstów jest krystalicznie czysta i rozwijana bez odrobiny wahania. Mimo to, trudno o Kapeli powiedzieć, że stanowi przykład fanatycznego, bezrefleksyjnego ideologa. Zachowany balans jest zaskakujący. Modlitwy dla opornych sięgają po garść aksjomatów, ustawiających autora w bardzo konkretnym miejscu między osiami X/Y pola politycznego – i dopiero w tym miejscu pojawiają się dylematy.

To jednoznaczne ustalenie własnej tożsamości, a następnie nieustanne poddawanie jej w wątpliwość i szpikowanie opisywanej rzeczywistości kwestiami problematycznymi staje się zaskakująco ożywcze i prowadzi do pięknej egzystencjalizacji wiersza. Jak można mówić o cierpieniu, będąc całkiem zamożnym gościem z pierwszego świata? Jak stać za ludem, kiedy się tego ludu boi i się nim trochę gardzi, a poza tym dawno już nie ma żadnego „ludu”? Czemu walczyć o planetę, skoro planeta jest już stracona? Po co mówić, skoro nikt nie słucha? A co, jeśli trzeba się będzie bić? To nie są pytania, które chętnie się słyszy na lewicy, zapewne dlatego, że zazwyczaj nie ma na nie odpowiedzi. Kapela również ich nie udziela, za to z uporem maniaka mnoży znaki zapytania.

Modlitwy dla opornych nie są „modlitwami dla tych, którzy się opierają idei”, jak sugerowałaby ideologiczna afiliacja autora i okoliczności wydania tomu. Są „modlitwami dla tych, którzy tkwią w oporze idei”, innymi słowy: dla tych, którzy są w stanie przyjąć stawiane przez Kapelę aksjomaty za swoje. Nikt tu nie puszcza oczka do liberałów, żeby się troszkę zlewicowali na zasadzie pośrodkowistycznego kompromisu rodem z Eurobusinessu („dam ci Bonn i dwa domki za Londyn i sto dolarów”), ani tym bardziej do prawicy, żeby spojrzała na lewicę ludzkim okiem. Oni w ogóle Kapeli nie interesują. Interesują go osoby już dawno przekonane, którym rzuca kości (tofu), żeby się zadławili i w procesie dekonstrukcji swoich przekonań – wytrwali w nich, nawet jeśli, tak jak autor, wiedzą, że nic nie wiedzą, nie licząc wiedzy, że świat jest okrutny i niesprawiedliwy. Dzięki doskonałemu targetowaniu hermetyzm książki działa tylko na jej korzyść, jakby na złość tym wariantom poezji zaangażowanej, która próbuje pozyskiwać nowych graczy na lewicy.

„To nie metafory./ To twarde fakty.”, czytamy w jednym z pierwszych wierszy z tomu – i nie bez powodu. Książka jest do bólu prosta. Nie znajdziemy w niej wysublimowanej metaforyki ośmielonej wyobraźni ani postrzępionych solilokwiów udręczonych podmiotów, wszystko jest podane na tacy, prostymi frazami, często równoważnikami zdań, bez żadnych upiększeń. To ogromna zaleta, bo właśnie w tej poetyce jeszcze lepiej wybrzmiewa krystaliczność tomu. Jednocześnie autor tu i ówdzie, jakby dając do zrozumienia, że potrafiłby inaczej, popisuje się językową sprawnością, szczególnie w ironicznych pastiszach z ostatniej części. Do moich faworytów należy Lament nad Kamilem Durczokiem, stylizowany absurdalnie na średniowieczną pieśń żałobną; jest zrobiony tak dobrze, że wkręca się jak hiphopowy beat z najlepszego okresu polskiego rapu. I chociaż czasami Kapela przesadza (rymowany parzyście Poemat o aborcji po prostu męczy), warsztatu mu nie brakuje.

Ostatecznie więc największą zaletą tej książki jest najzwyklejsza na świecie szczerość. Jaś Kapela nie kłamie, mówi prawdę, tak było, nie zmyśla. Nie ma tutaj żadnej fasady, ani tynku, ani nawet farby. Na gołych cegłach czarnym sprayem wypisane są te wiersze.

Po co jest cierpienie?

po co jest cierpienie?
nie wiem
myślę sobie że nigdy
nie byłem taki szczęśliwy
a jednocześnie tak świadom ogromu cierpienia
któremu nie potrafię zaradzić
powiesz mi że to obciach?
powiem ci że to fakt
na bestgore.com
oglądam jak panowie
obcinają głowy
innym panom
lub wysadzają innych panów
w powietrze
a po niebie fruwają ich flaki
i myślę sobie:
dobrze że nie moje
hehe
Obama – wspaniały człowiek
naprawdę chciałbym wiedzieć
jak znajduje w sobie siłę
żeby naciskać guzik
„bombarduj kolejny szpital w Aleppo”
i dalej się uśmiechać
wielka władza to wielka odpowiedzialność
nigdy nie byłem taki szczęśliwy
że nie moja

Hanna Janczak – „Lekki chłód”

Wydawnictwo Igloo, 2015

Lekki chłód, wydany przez początkujące wydawnictwo Igloo (którego inicjatywa-matka to Towarzystwo Aktywnej Komunikacji), jest najlepszym dowodem na istotność warstwy graficznej wydawnictwa poetyckiego – gdyby nie to, że jest bardzo ładną książką, w życiu bym zapewne po niego nie sięgnął. A sięgnąłem i w gruncie rzeczy nie żałuję.

Janczak debiutuje tomikiem bardzo dobrze wpisujący się w najnowsze tendencje i mody literackie – kobiecym, zaangażowanym, ale bez przesady, utrzymującym się zdecydowanie bardziej w rejestrach lirycznych niż agitacyjnych. Zbawienny balans jest niewątpliwym plusem tej lektury. Niestety, nie wszędzie jest różowo.

Wady tomu objawiają się przede wszystkim w
sięganiu tu i ówdzie po zużyte poetyki, które „nie grają”. W niektórych wierszach, z których część dostępna jest również na niezawodnym Helikopterze, autorka uderza w czułostkowy liryzm spod znaku uwspółcześnionej Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, co może i potrafi wzruszyć, ale zwykle powoduje jednak ziewnięcia. Czasem Janczak wykonuje niezgrabny i niezdecydowany ruch ręką w stronę minimalizmu, co kończy się narodzinami bardzo mało znaczących potworków, takich jak ten:

pudło

wstydziłem się mówić usiadłem w kącie
i płakałem chciałem być sam
ale wszyscy podchodzili do mnie

ale teraz już wiem już wiem
jutro ty przyjdziesz otworzysz usta
i powiesz za mnie

Oczywiście, to nie ze względu na złe wiersze zwróciłem uwagę na tę książkę. Wprost przeciwnie, bo są w Lekkim chłodzie miejsca, w których robi się bardzo ciekawie, a są to te rejony, gdzie autorka sięga po pierwsze po tematykę społeczną, a po drugie kobiecą. Janczak bardzo skutecznie wykorzystuje perspektywę kobiety-matki, aby zauważyć pewne zjawiska, które zazwyczaj zauważane nie są, ustawić się w pozycjach, w których mało kto na rynku poetyckim stoi. Jeden z najlepszych wierszy w tomie to utwór poślizg, opowiadający o archetypicznej już postaci rubasznego wujka, ale w taki sposób, że po zakończeniu lektury nie wiadomo właściwie co ze sobą zrobić, niezależnie od tego, po jakiej stronie politycznej barykady się stoi.

Jednak tym, co mnie najbardziej urzekło, są bardzo ciekawe erotyki, stanowiące statystycznie całkiem pokaźną część książki. Jest to gatunek czy konwencja we współczesnej liryce, niestety, wymierająca, a przynajmniej ukryta, bo sam charakter poezji erotycznej wyklucza jej całkowitą ekstynkcję. Nie zmienia to faktu, że jest ich bardzo mało, a jeśli są, to zazwyczaj złe; Janczak tymczasem proponuje nam świetne podejście do tematu, oparte zazwyczaj na jednej dosłownej metaforze, obudowanej całą serią lirycznych obrazów, doskonale dyktujących tonację, w jakiej należy odczytać główny chwyt. A ponieważ wszystko to podane jest z perspektywy kobiety dojrzałej i świadomej swojej seksualności, efekt jest naprawdę bardzo dobry:

kiedy

Pytam bo jestem już lekko rozleniwiona ale ciągle wilgotna
i twarda jak woda. Przyszłość się otwiera papieros zwisa
jak złamana kończyna i tracę głowę od czytania że życie wchodzi
w fazę schyłkową. Stąd planuję serię szybkich wypraw po bezdrożach.
Jeśli wejdziesz możesz zostać. W drodze na koniec mam nawet apteczkę
i pusty słoik po ogórkach na ostatni łyk powietrza. A jakby się nie dało
zsynchronizować języków wykopię głęboki dół i schowam w nim oczy
żeby umiały wyrosnąć ze środka i wszerz grudkowatych ściegów dżdżownic
kiedy wychodzisz ze mnie i pozostajesz w środku.

Książka ze skrzynki – „Późny_debiut” Radosława Sączka

Ilustracja z okładki. Późny_debiut, Warszawa 2017 / źródło: lodz.carpediem.cd

Od czasu do czasu ludzie przysyłają mi książki. Czasem są to koledzy i koleżanki, czasem – wydawnictwa, a czasem osoby najzupełniej prywatne i bliżej mi nieznane. Ta ostatnia kategoria występuje zresztą najliczniej. Większość uzyskanych tą drogą książek czytam i odkładam na półkę, ponieważ przeważnie są to tomy złe. Źle napisane, źle wydane i zwykle  niewarte uwagi. Tym cenniejsze są miłe niespodzianki.

Późny_debiut Radosława Sączka okazał się tomikiem bardzo kłopotliwym w pierwszym, jeszcze przedlekturowym odbiorze. Primo, otrzymałem książkę w kopercie podpisanej wprawdzie jako „KONTENT”, ale za to na mój domowy adres, który nie mam pojęcia skąd się wziął w eterze. Secundo, po rozpakowaniu koperty moim oczom ukazała się naprawdę przyzwoicie wydana książka, z bardzo dobrą okładką i niezłymi ilustracjami (autorstwa Justyna Parfianowicza) w środku. Tertio, krótkie śledztwo wykazało, że odpowiedzialna za to wydanie fundacja („DLA KONTRASTU”) zasadniczo zajmuje się muzyką, a wydawnictwo („Doświadczenia z perspektywą”) to jakaś zupełna efemeryda, odnajdywalna tylko w KRSie. Rozpisuję się o tym po to tylko, żebyście złapali klimat jakiejś nierealności i oderwania od sceny literackiej, który otacza tę książeczkę.

Nie ma mowy tutaj o grafomanii, co notorycznie zdarza się w wypadku tomów wydawanych w selfach (albo efemerydach). Zresztą – biogram na tylnej okładce wskazuje, że autor nie jest jakimś przypadkowym gościem z ulicy, tylko gdzieś już publikował, chociaż to jeszcze o niczym nie świadczy. Tom składa się z dwóch części – zatytułowanych Wiersze do biur oraz Chory rozsądek, które stanowią osobne całostki i – jak wynika z posłowia Macieja Płazy – obydwie nominowane były do Bieriezina. Mnie zainteresowała zwłaszcza ta pierwsza.

Wiersze do biur podejmują tematykę stosunkowo nową, ponieważ praca w korpo i związany z nią lifestyle pojawia się w literaturze – jak dotąd – epizodycznie. A wyszło to tym ciekawiej, że zamiast nową tematykę wtłaczać w nowe formy, Sączek, jakby na złość performatywnej poetyce Tomka Bąka, pisze o korporacji z perspektywy podmiotu zgoła niedzisiejszego – romantycznego, przepełnionego wiarą w etos poetycki, nie upatrującego w korpolajfie świadectwa upadku cywilizacji czy pretekstu do solidnego wkurwu, ale wręcz przeciwnie – okazji do refleksji i parafilozoficznej zadumy:

Albo gdyby móc nie widzieć wzorów, liter, cyfr, kolorów,
można byłoby pomyśleć, że coś jest za światłem
i wyświetla się dla niej. Że ona wypatruje źródła, a może i widzi.

(Portret przed monitorem)

Tworzy to dosyć wybuchową i zaskakująco (używam tego słowa z pełną świadomością: zaskakująco) udaną mieszankę: otrzymujemy bowiem romantyczny podmiot, który ujmuje w języku korporacyjnym refleksję egzystencjalną, zamykając to wszystko w klasycznej już dzisiaj konstrukcji wiersza. W efekcie cały tom kipi zarówno od ciężkiej, cywilizacyjnej rozkminy, jak i równie lekkiej ironii, dystansującej podmiot od samego siebie i podstawiającej w jego miejsce samego czytelnika, zupełnie jakby do korpo trafił Kaczmarski z gitarą, a nie Sączek. I nawet (a może zwłaszcza) tam, gdzie autor decyduje się jednak zrezygnować z maski sentymentalnego poety i rąbnąć zwykłym konceptem, wychodzi to świetnie:

Zadzwonił z urlopu, powiedział:
Pierwszy raz w życiu sięgnąłem po szczęście.
Że życie było coś warte
i generalnie było po coś.
Jestem pijany, naćpany,  z kobitą,
w przepięknym miejscu,
kurwa, na werandzie.

To ja to sobie wpisałem
do rożka w wykresie kołowym.

(Szczęście)

Jak wykazał pobieżny zwiad w Google, Późnego_debiutu nie da się w zasadzie nigdzie dostać – i nic dziwnego, skoro dystrybuuje go fundacja muzyczna i efemeryczne wydawnictwo z firmą-matką „Billboard Baggins”. Gdyby jednak jakimś niepojętym cudem wpadła wam ta książka w ręce, nie wahajcie się za długo, bo cuda nie zdarzają się dwa razy.