Hanna Janczak – „Lekki chłód”

Wydawnictwo Igloo, 2015

Lekki chłód, wydany przez początkujące wydawnictwo Igloo (którego inicjatywa-matka to Towarzystwo Aktywnej Komunikacji), jest najlepszym dowodem na istotność warstwy graficznej wydawnictwa poetyckiego – gdyby nie to, że jest bardzo ładną książką, w życiu bym zapewne po niego nie sięgnął. A sięgnąłem i w gruncie rzeczy nie żałuję.

Janczak debiutuje tomikiem bardzo dobrze wpisujący się w najnowsze tendencje i mody literackie – kobiecym, zaangażowanym, ale bez przesady, utrzymującym się zdecydowanie bardziej w rejestrach lirycznych niż agitacyjnych. Zbawienny balans jest niewątpliwym plusem tej lektury. Niestety, nie wszędzie jest różowo.

Wady tomu objawiają się przede wszystkim w
sięganiu tu i ówdzie po zużyte poetyki, które „nie grają”. W niektórych wierszach, z których część dostępna jest również na niezawodnym Helikopterze, autorka uderza w czułostkowy liryzm spod znaku uwspółcześnionej Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, co może i potrafi wzruszyć, ale zwykle powoduje jednak ziewnięcia. Czasem Janczak wykonuje niezgrabny i niezdecydowany ruch ręką w stronę minimalizmu, co kończy się narodzinami bardzo mało znaczących potworków, takich jak ten:

pudło

wstydziłem się mówić usiadłem w kącie
i płakałem chciałem być sam
ale wszyscy podchodzili do mnie

ale teraz już wiem już wiem
jutro ty przyjdziesz otworzysz usta
i powiesz za mnie

Oczywiście, to nie ze względu na złe wiersze zwróciłem uwagę na tę książkę. Wprost przeciwnie, bo są w Lekkim chłodzie miejsca, w których robi się bardzo ciekawie, a są to te rejony, gdzie autorka sięga po pierwsze po tematykę społeczną, a po drugie kobiecą. Janczak bardzo skutecznie wykorzystuje perspektywę kobiety-matki, aby zauważyć pewne zjawiska, które zazwyczaj zauważane nie są, ustawić się w pozycjach, w których mało kto na rynku poetyckim stoi. Jeden z najlepszych wierszy w tomie to utwór poślizg, opowiadający o archetypicznej już postaci rubasznego wujka, ale w taki sposób, że po zakończeniu lektury nie wiadomo właściwie co ze sobą zrobić, niezależnie od tego, po jakiej stronie politycznej barykady się stoi.

Jednak tym, co mnie najbardziej urzekło, są bardzo ciekawe erotyki, stanowiące statystycznie całkiem pokaźną część książki. Jest to gatunek czy konwencja we współczesnej liryce, niestety, wymierająca, a przynajmniej ukryta, bo sam charakter poezji erotycznej wyklucza jej całkowitą ekstynkcję. Nie zmienia to faktu, że jest ich bardzo mało, a jeśli są, to zazwyczaj złe; Janczak tymczasem proponuje nam świetne podejście do tematu, oparte zazwyczaj na jednej dosłownej metaforze, obudowanej całą serią lirycznych obrazów, doskonale dyktujących tonację, w jakiej należy odczytać główny chwyt. A ponieważ wszystko to podane jest z perspektywy kobiety dojrzałej i świadomej swojej seksualności, efekt jest naprawdę bardzo dobry:

kiedy

Pytam bo jestem już lekko rozleniwiona ale ciągle wilgotna
i twarda jak woda. Przyszłość się otwiera papieros zwisa
jak złamana kończyna i tracę głowę od czytania że życie wchodzi
w fazę schyłkową. Stąd planuję serię szybkich wypraw po bezdrożach.
Jeśli wejdziesz możesz zostać. W drodze na koniec mam nawet apteczkę
i pusty słoik po ogórkach na ostatni łyk powietrza. A jakby się nie dało
zsynchronizować języków wykopię głęboki dół i schowam w nim oczy
żeby umiały wyrosnąć ze środka i wszerz grudkowatych ściegów dżdżownic
kiedy wychodzisz ze mnie i pozostajesz w środku.

Książka ze skrzynki – „Późny_debiut” Radosława Sączka

Ilustracja z okładki. Późny_debiut, Warszawa 2017 / źródło: lodz.carpediem.cd

Od czasu do czasu ludzie przysyłają mi książki. Czasem są to koledzy i koleżanki, czasem – wydawnictwa, a czasem osoby najzupełniej prywatne i bliżej mi nieznane. Ta ostatnia kategoria występuje zresztą najliczniej. Większość uzyskanych tą drogą książek czytam i odkładam na półkę, ponieważ przeważnie są to tomy złe. Źle napisane, źle wydane i zwykle  niewarte uwagi. Tym cenniejsze są miłe niespodzianki.

Późny_debiut Radosława Sączka okazał się tomikiem bardzo kłopotliwym w pierwszym, jeszcze przedlekturowym odbiorze. Primo, otrzymałem książkę w kopercie podpisanej wprawdzie jako „KONTENT”, ale za to na mój domowy adres, który nie mam pojęcia skąd się wziął w eterze. Secundo, po rozpakowaniu koperty moim oczom ukazała się naprawdę przyzwoicie wydana książka, z bardzo dobrą okładką i niezłymi ilustracjami (autorstwa Justyna Parfianowicza) w środku. Tertio, krótkie śledztwo wykazało, że odpowiedzialna za to wydanie fundacja („DLA KONTRASTU”) zasadniczo zajmuje się muzyką, a wydawnictwo („Doświadczenia z perspektywą”) to jakaś zupełna efemeryda, odnajdywalna tylko w KRSie. Rozpisuję się o tym po to tylko, żebyście złapali klimat jakiejś nierealności i oderwania od sceny literackiej, który otacza tę książeczkę.

Nie ma mowy tutaj o grafomanii, co notorycznie zdarza się w wypadku tomów wydawanych w selfach (albo efemerydach). Zresztą – biogram na tylnej okładce wskazuje, że autor nie jest jakimś przypadkowym gościem z ulicy, tylko gdzieś już publikował, chociaż to jeszcze o niczym nie świadczy. Tom składa się z dwóch części – zatytułowanych Wiersze do biur oraz Chory rozsądek, które stanowią osobne całostki i – jak wynika z posłowia Macieja Płazy – obydwie nominowane były do Bieriezina. Mnie zainteresowała zwłaszcza ta pierwsza.

Wiersze do biur podejmują tematykę stosunkowo nową, ponieważ praca w korpo i związany z nią lifestyle pojawia się w literaturze – jak dotąd – epizodycznie. A wyszło to tym ciekawiej, że zamiast nową tematykę wtłaczać w nowe formy, Sączek, jakby na złość performatywnej poetyce Tomka Bąka, pisze o korporacji z perspektywy podmiotu zgoła niedzisiejszego – romantycznego, przepełnionego wiarą w etos poetycki, nie upatrującego w korpolajfie świadectwa upadku cywilizacji czy pretekstu do solidnego wkurwu, ale wręcz przeciwnie – okazji do refleksji i parafilozoficznej zadumy:

Albo gdyby móc nie widzieć wzorów, liter, cyfr, kolorów,
można byłoby pomyśleć, że coś jest za światłem
i wyświetla się dla niej. Że ona wypatruje źródła, a może i widzi.

(Portret przed monitorem)

Tworzy to dosyć wybuchową i zaskakująco (używam tego słowa z pełną świadomością: zaskakująco) udaną mieszankę: otrzymujemy bowiem romantyczny podmiot, który ujmuje w języku korporacyjnym refleksję egzystencjalną, zamykając to wszystko w klasycznej już dzisiaj konstrukcji wiersza. W efekcie cały tom kipi zarówno od ciężkiej, cywilizacyjnej rozkminy, jak i równie lekkiej ironii, dystansującej podmiot od samego siebie i podstawiającej w jego miejsce samego czytelnika, zupełnie jakby do korpo trafił Kaczmarski z gitarą, a nie Sączek. I nawet (a może zwłaszcza) tam, gdzie autor decyduje się jednak zrezygnować z maski sentymentalnego poety i rąbnąć zwykłym konceptem, wychodzi to świetnie:

Zadzwonił z urlopu, powiedział:
Pierwszy raz w życiu sięgnąłem po szczęście.
Że życie było coś warte
i generalnie było po coś.
Jestem pijany, naćpany,  z kobitą,
w przepięknym miejscu,
kurwa, na werandzie.

To ja to sobie wpisałem
do rożka w wykresie kołowym.

(Szczęście)

Jak wykazał pobieżny zwiad w Google, Późnego_debiutu nie da się w zasadzie nigdzie dostać – i nic dziwnego, skoro dystrybuuje go fundacja muzyczna i efemeryczne wydawnictwo z firmą-matką „Billboard Baggins”. Gdyby jednak jakimś niepojętym cudem wpadła wam ta książka w ręce, nie wahajcie się za długo, bo cuda nie zdarzają się dwa razy.