Siostry dwóch porządków. „Lucyfer zwycięża” Ilony Witkowskiej i „Zimna książka” Marty Podgórnik

Katarzyna Hołda, Biała madonna, czarna madonna, czerwona madonna

Najwyższa pora kontynuować tryptyk o książkach nominowanych do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej, zwłaszcza, że czas się kurczy, a do gali został już tylko tydzień z haczykiem.

Ilona Witkowska była jedną z moich faworytek do nominacji i bardzo cieszę się, że tę nominację otrzymała, ponieważ jej tom robi dużo dobrego. Nie powiem, że mi się podoba, bo osobiście w lekturze tego typu poezji nie znajduję specjalnego upodobania, jednak z całą pewnością nie sposób go nie doceniać.

Najciekawszą rzeczą w Lucyferze jest zdecydowanie podmiotka, paradoksalnie i o ironio, bo tom ten na poziomie idei wyrasta z tradycji, która usiłuje metafizyczną podmiotowość zdezintegrować, czy też, jak kto woli, usytuować. O ile w moim wpisie o Jasiu Kapeli pisałem, że jego podmiot jest ustawiony w konkretnym miejscu na osi X politycznego wykresu, o tyle podmiotka Witkowskiej stoi ponad tym wykresem i w dodatku nieco z boku. Co prawda nadal – jak łatwo się domyślić – identyfikuje się z szeroko rozumianą lewicowością, ale mówi o niej nie „od wewnątrz”, tylko z offu, jako ironista, melancholijny błazen, z lekką dozą pobłażliwości, ale i przerażenia komentujący rzeczywistość.

w ranach swoich ukryj mnie

myślą, że zabłądzili,
bo widzą przed sobą górę.

patrzą na kompas,
ale nie wiedzą, gdzie iść.

chciałabym opowiedzieć wam tę historię,
ale znam tylko jej początek

Ha!Art 2017

Witkowska obnaża w tym tomie całą serię nieudanych projektów, jakie przedstawiła nam humanistyka i polityka, przede wszystkim (jak twierdzi niezastąpiony Dawid Kujawa) wspólnotowości, ale nie tylko. W kontekście negacji metafizyki nieudanym projektem będzie tutaj cała ponowoczesność w ogóle, a zwłaszcza zwrot etyczny, usiłujący poprzez negację tradycji moralistycznej doprowadzić do renesansu wspólnotowości właśnie, a który zakończył się – zwycięstwem Lucyfera. A ponieważ przyszłość jest zawsze w przestrzeni potencjalności, Witkowska nie wie, co dalej; jedynie diagnozuje. To ożywcze i ciekawe, ale jest też pośrednią przyczyną tego, że mamy do czynienia z poezją bardzo trudną, o której ciężko mówić językiem innym, niż teoretycznoliteracki. Boję się trochę, żeby z czasem nie rozpłynęła się w tym języku i nie została sprowadzona do garstki konceptualnych utworów, które już wywołują shitstormy na Facebooku.

nie

nie chce się spać.
nie chce się robić.

ty sobie wystawiasz kapliczki,
a na mnie tu wciąż coś czyha.

droga wolna,
ale weź na nią wejdź.

O Marcie Podgórnik, a raczej o jej książce, o tyle trudno mi coś napisać, że zdążył ją skomentować Jakub Skurtys w rewelacyjnym (naprawdę rewelacyjnym) tekście w Małym Formacie, bezlitośnie punktując to, co w wypadku tej poetki jest słabością jej projektu. Dlatego, dla odmiany, spróbuję skupić się na pozytywnych aspektach książki.

A pozytywne jest przede wszystkim to, że przy wszystkich wątpliwościach, które można roztoczyć w związku z Podgórnik, nadal jest to poezja ruszająca, wpływająca raczej na afekty, niż intelekt, a to się zasadniczo potrafi cenić. Poetka sprawnie operuje swoim rozbudowanym i przede wszystkim wypracowanym, doświadczonym warsztatem, dziabie tam, gdzie boli najbardziej i zazwyczaj trafia, co sprawia, że trudno Zimną książkę przeczytać beznamiętnie i, hehe, zimno. Kłopotem jest pewna powtarzalność, o której też pisał Skurtys, a która powoli chyba wyczerpuje studnię tej poetyki, ale i tak miło jest potykać się o udane metafory:

Carnet à pages blanches

Jeżeli śmiałam tęsknić do innego ciała, innych płynów
I struktur, zastrzyków, krwi, limfy.
Jeżeli się przez to latami stawałam kimś innym.

Tamtej nocy na plaży, nad ranem w hotelu, trzygwiazd
kowym, i to by śmiał mnie podejrzeać o
Uczucie jak miłość? Bo zachciałam

Podzielić ten wyraz. Bo wziął mnie pod ramię, gdy nikt
Inny nie zechciał się nawet pochylić.

Bo mogę dzielić wyrazy brutalnie jak lepkie truchło żaby
Na lekcji biologii, bo gówno Cię obchodzi,
Że On też się myli.

Biuro Literackie 2017

Co ciekawe, Podgórnik pozwala swojej bohaterce na zaskakująco dużo słabości, co wobec tradycyjnego osadzania jej w dyskursie feministycznym jest całkiem nowe, a w każdym razie zdarza się tu częściej, niż w poprzednich książkach. Patriarchiczna rzeczywistość jest tu nie tylko sztafażem, w którym w lśniącym kabriolecie Izydory Duncan rozbija się podmiotka z rozwianym szalem, mogącym w każdej chwili wkręcić się w koła, ale staje się faktycznie jakimś wrogiem, w związku z tym, że wreszcie niesie zagrożenia, oczywiście, w obrębie świata przedstawionego, bo że ogólnie niesie, to oczywiste. Bardzo ciekawie wybrzmiewa to w potężnym lirycznie mini-poemacie Gdy mijam twoje miasto, i pociąg nieprędki zwalnia troszeczkę, bym mogła popatrzeć, zdającym się w pewnym stopniu podsumowywać dotychczasową twórczość Podgórnik, jednocześnie osadzając ją w nieznacznie, ale jednak przesuniętym kontekście. Pod tym względem zaczęło być jej bliżej chyba do Poświatowskiej, niż Wojaczka.

Devil’s fruits

A jeśli Cię pokocham, to nie będzie dobre,
będzie zimne jak wszystko, czegokolwiek dotknę.
Wtedy nasz pocałunek naznaczy przekleństwo.
A jeśli Cię pokocham, będzie bardzo boleć.

Nie mnie, ja z bólem serca radzę sobie świetnie.
To nie ból serca będzie poważnie bolesny.
A jeśli mi przypomnisz, że nadal mam serce,
nie sprowadzaj mnie, proszę, do bezbronnej kreski.

Jeżeli zechcesz wziąć mnie, tak jak stoję,
w szlafroku i w filcowych pantoflach z przeceny,
przypomnij swemu sercu
nasz spacer sprzed roku; ja nie pożądam wiedzy,
o której już wiemy.

 

Za omawiane książki dziękuję Fundacji Wisławy Szymborskiej.