Opened/closed. O „Drugiej ręce” Bonowicza i „Kordzie” Malek

Omówienie książek nominowanych do Szymborskiej 2018 – siłą rzeczy, w związku z formułą bloga – pobieżne, przyszło mi rozpocząć od tych dwóch tomów, które w zestawionej piątce uważam za najsłabsze. Mi samemu wydało się to o tyle ciekawe, że są to zbiory nadające na kompletnie różnych częstotliwościach, ba, zaryzykowałbym nawet tezę, że ustawione w przeciwległych kątach pokoju z poezją. Mowa o Drugiej ręce Wojciecha Bonowicza oraz Kordzie Natalii Malek.

Bonowicz, co stwierdzam z pewną dozą ambiwalentnych odczuć, co prawda porusza się do przodu na osi X swojej twórczości, ale za to robi to w doprawdy żółwim tempie. Jeśli chodzi o formę, dostajemy dokładnie to samo, co wydanych 5 lat temu i również nominowanych do Szymborskiej Echach – utrzymane w tonie refleksyjnym obrazy, wieńczone czasami efekciarską pointą. Co jakiś czas zdarzają się też kilkuwersowe migawki w stylu późnego Krynickiego, jednak pozbawione obezwładniającej precyzji nowofalowego poety, a jedna z nich w tym kontekście brzmi dosyć sardonicznie:

Nie potrzebuję

Naprawdę nie potrzebuję

nowych nazw
na stare rzeczy.

Ale wcale nie powtarzalność poetyki, która potrafi być przecież zaletą, stanowi o książce Bonowicza. Ewolucja jego poezji obejmuje przede wszystkim sposób realizacji pewnego postulatu, którego – abstrahując od hajpu na bekę z Zagajewskiego – nie da się ująć inaczej, niż „poszukiwaniem blasku”. Podmiot Bonowicza patrzy na zwyczajny świat i szuka w nim niezwyczajności, próbuje nadpisać codzienność metafizycznym sensem, a w tym tomie staje się to prawie jego obsesją.

Co jeszcze umiem

Wywiesiłem na noc pranie. Co za głupota!
Zamiast zrobić pranie o świcie pozwalam mu
wciągnąć resztę wilgoci jaka została z dnia.
Jest po deszczu. Krótkim i gwałtownym.
Z chodników i jezdni szybko wyparowało
to co spadło. Uczę się żyć sam. W domu
pełnym ludzi to nie takie trudne.

Wydawnictwo a5, 2017

Uważny czytelnik prawdopodobnie domyśli się z powyższego akapitu i ilustrującego go tekstu, jaki będzie mój główny zarzut w stosunku do poety. Otóż to: to jest wtórne, a gdybym chciał być złośliwy, to dodałbym jeszcze: nudne. Mimo to nie chcę się wyzłośliwiać, bo książka Bonowicza budzi we mnie jakąś nutę sentymentalizmu, tęsknoty za czasami zapoczątkowanymi przez Williamsa, kiedy poezja mogła sobie mówić o czerwonych taczkach albo wieszaniu prania, usiłować zbliżać się do rzeczy i nie musiała mieć podbudowy teoretycznej z nauk politycznych ani ontologii. W tym sensie jest to tomik – co mi tam, użyję tego protekcjonalnego słowa – uroczy. Ale aby przebić się przez wrzawę dojrzałych projektów poetyckich, rozbrzmiewających coraz głośniej w kolejnych miastach Polski, Bonowicz musiałby coś jednak ze sobą zrobić: zaprząc do kieratu nowe poetyckie zabawki, uatrakcyjnić jakoś to odwieczne poszukiwanie metafizycznego sensu. Niestety, nie robi tego. I w efekcie otrzymujemy Drugą rękę, która kojarzy mi się z piosenkami Spice Girls: stanowi guilty pleasure, która nudzi się po kilku przesłuchaniach.

Z Kordem sytuacja jest prawie dokładnie odwrotna. Pierwsza lektura tej książeczki powinna być każdorazowo pointowana confused math lady memesem. Tom jest spójny i konsekwentny, a jednak trudno mi powiedzieć o nim coś konkretnego, co nie będzie brzmiało jak wyimek z Derridy, ponieważ sensy w nim rozmywają się w nieskończoność i nie udało mi się otworzyć ich żadnym wytrychem. Między innymi w tym właśnie, jak mi się zdaje, upatruje jakości Kordu Dawid Kujawa, o czym pisze w swojej fikuśnej recenzji w „Małym Formacie”: „[wiersz] nie wymusza na czytelniczce, aby nadążała za eksperymentem (przez co zwykle zupełnie gubi tok wypowiedzi i pozostaje względem wiersza wyalienowana, nawet jeśli ów wiersz ceni), za to łokciami rozpycha się wewnątrz nawyków lekturowych, poszerzając tym samym pasmo odbioru, jakie ma do dyspozycji.”

Trudno mi się pod tym zapożyczonym zdaniem nie podpisać, z tym, że ja – ceniąc, owszem, inwencję i nowatorstwo takiego rozwiązania, uważam je za przeraźliwie i (mówiąc wprost) przesadnie hermetyczne, ponieważ chcąc nie chcąc dąży do niezrozumiałości tekstu i konieczności postrzegania poezji przez pryzmat rozbudowanego aparatu krytyczno-naukowego humanistyki. To z kolei prowadzi do postępującej elitaryzacji wiersza, czego nie uważam za szczęśliwą i dobrą drogę dla literatury.

Co zrobić, gdy milczy liberalna inteligencja?

Rozstawić nogi na szerokość bioder.
Lekko zgiąć.
Ręce wyprostować przed siebie – niech tworzą belę materiału, jaśniejszą dechę pirsu.

Powtórzyć:

wwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwJestem wolna jak żararaka.
wwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwJestem groźna jak córka żararaki.
wwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwJeszcze nikt mnie tak nie pożądał.

WBPiCAK, 2017

U Malek wszystko jest wyjątkowe. Zestawienia obrazów, dobór leksyki, konstrukcja wiersza, nawet budowa książki, bo na prośbę autorki WBPiCAK zmienił fonty, papier i pozycję wierszy (są wyrównane do dolnego marginesu). W efekcie otrzymujemy książkę bardzo ciekawą dla krytyków i specjalistów, ale, jak mi się zdaje, zbyt zamkniętą dla osób mniej wgryzionych w analizy spod znaku Lacana i Marksa. Podkreślam raz jeszcze: nie uważam tego za immanentną wadę książki, natomiast w moim osobistym odczuciu taka taktyka sprawia, że tom staje się po prostu zbyt abstrakcyjny.

 

Awokado bar

W awokado barze wiedzą, co to ciągłość. Pakują
w kartony:

duo, trio, wianuszek, czyli nimb. Wszystko, co mają, zawdzięczają rodzinie
jaskrów.

Spotykają się tam czasem i proszą o więcej – ziół i ziaren – facet w parmalatce,
facet z diastemą i Milena, która nie zajmuje stron.

Jest jedna rzecz, która mogłaby w takiej sytuacji Malek uratować: a mianowicie frazowanie w ten sposób, aby przy jednoczesnym rozmyciu sensów kreować język poetycki zachwycający estetyką, wkręcający się jak śrubka w proces odbioru, każący czytać dalej mimo hermetyzmu, tak jak robił to na przykład „środkowy” Siwczyk. Niestety, być może minimalistyczna metaforyka Kordu trafia do innych – do mnie niespecjalnie.

Gdyby ktoś poprosił mnie o skomentowanie decyzję jury (jakkolwiek nie ma to większego sensu), powiedziałbym, że nominacja dla Malek jest jednak mniej zaskakująca, niż ta dla Bonowicza. W tym pierwszym wypadku mamy do czynienia bowiem z ambitnym eksperymentem artystycznym, który powinno się i należy wyróżniać, tak jak to cierpliwie tłumaczył w latach 70. Karol Estreicher, tymczasem Bonowicz trafił, zdaje się, trochę do nie swojej bajki. Już w nominacjach do Nike mu lepiej.

Za egzemplarze książek bardzo dziękuję Fundacji Wisławy Szymborskiej.

„Każdy nasz wybór jest skandaliczny”. Rozmowa z Bernhardem Hartmannem

Zanim weźmiemy się za nominowane do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej książki, warto zerknąć za kulisy. W tym celu przygotowałem rozmowę z Bernhardem Hartmannem, członkiem kapituły nagrody, tłumaczem literatury polskiej na język niemiecki, autorem przekładów m. in. Tadeusza Różewicza, Julii Hartwig, Adama Zagajewskiego, Tomasza Różyckiego, laureatem nagrody im. Karla Dedeciusa. Dowiecie się z niej, jak to jest być w jury największej nagrody literackiej w Polsce, czemu w kapitule są głównie obcokrajowcy, o co chodzi z tym seksizmem i dlaczego zawsze się kogoś krzywdzi. Miłej lektury!

Marcin Świątkowski: W wywiadzie, którego udzielił Pan dla Instytutu Goethego w 2010 roku można wyczytać, że karierę tłumacza rozpoczął Pan od wierszy Tadeusza Różewicza. Mnie ciekawi jednak co innego: skąd ten polski? Dlaczego akurat ten język, ta literatura Pana pochłonęła?

Bernhard Hartmann: Wszystko zaczęło się od wymiany szkolnej. W 1989 r., jeszcze przed przełomem, pojechaliśmy na dwa tygodnie do Jeleniej Góry, odwiedziliśmy Wrocław, Kraków i Auschwitz. Miałem wtedy 16 lat, mieszkałem na zachodnioniemieckiej prowincji, i ten wyjazd był dla mnie wielkim przeżyciem. Po maturze na uczelni zapisałem się na kurs języka polskiego, potem studiowałem polonistykę. Można by powiedzieć, że moja przygoda z Polską zaczęła się od młodzieńczej fascynacji, z której rodziło się intelektualne zainteresowanie. Swoją rolę odegrały też euforia tego niesamowitego roku 1989 oraz – ale to już nieco później – chęć przybliżenia rodakom tego raczej nieznanego kraju za Odrą. Bo w latach dziewięćdziesiątych dla wielu ludzi, zwłaszcza na zachodzie Niemiec, obraz Polski był dość stereotypowy.

M.Ś.: A czemu zaczął Pan od poezji? W obiegowej opinii to o wiele trudniejsze, niż tłumaczenie prozy, więc logiczniejszym wydałoby się zacząć od tej drugiej.

B.H.: Od Tadeusza Różewicza dostałem kiedyś wydruk niepublikowanego jeszcze wiersza. Kolega namawiał mnie, żebym go tłumaczył. I tak się zaczęło. Pracowałem wtedy jeszcze na uniwersytecie, na tłumaczenie powieści nie starczyłoby czasu, poezję czy eseje mogłem tłumaczyć po pracy. Poza tym z prozą było tak, że zajmowało się nią już paru starszych i bardzo dobrych tłumaczy, więc trudno byłoby się przebić. Początkowo tłumaczyłem więc wiersze i eseje, przede wszystkim do czasopism. Ale pomijając te czynniki jakby praktyczne, to nie wiem, czy można tak prosto powiedzieć, że tłumaczenie poezji jest trudniejsze od tłumaczenia prozy. To chyba kwestia zdolności, upodobań, może osobowości literackiej. W prozie na przykład często męczy mnie rozważanie różnych opcji co do szyku czy rytmu zdań, bo bywa ich wiele, podczas gdy w wierszu sprawa jest bardziej klarowna: taka ilość sylab, takie metrum, taki rym. Nie mówiąc już o wytrwałości i cierpliwości, które potrzebne są do tłumaczenia grubej powieści.

Fot. Kuba Ociepa, nagrodaszymborskiej.pl

M.Ś: A w jakich okolicznościach trafił Pan do Kapituły Nagrody im. Wisławy Szymborskiej?

B.H.: Zaproszono mnie do udziału za poleceniem Renate Schmidgall, wielce zasłużonej tłumaczki literatury polskiej na język niemiecki, która przede mną pełniła funkcję jurora. Wiedziałem, że Renate w czasie swojego urzędowania odkryła paru fajnych poetów dla siebie, więc uważałem, że trudno o lepszą szansę do zapoznania się z najnowszą polską poezją. Kusząca oczywiście była też perspektywa regularnych pobytów w Krakowie, spotkań z kolegami i poetami, żywego kontaktu z tym, co się dzieje w Polsce. Zainteresowała mnie także możliwość autopsyjnego wglądu w dziedzinę życia literackiego, którą dotąd znałem tylko z zewnątrz i do której miałem dość ambiwalentny stosunek.

M.Ś: A na czym polegała ta ambiwalencja? I czy ma Pan wskutek tego doświadczenia jakieś refleksje na temat polskiego życia literackiego? Taki głos z zewnątrz wydaje mi się bardzo ciekawy!

B.H.: Ambiwalencja polegała na tym, że z jednej strony nagrody budzą zainteresowanie, promują literaturę i mogą zachęcić ludzi do tego, by kupić i przeczytać książki nie tylko nominowanych, lecz także tych, których nazwisk pojawiają się w dyskusjach towarzyszących określonym wydarzeniom. To pod różnymi względami można uważać za plus. Z drugiej strony, by wymienić tylko jedną rzecz, wprowadzają do życia literackiego element niepotrzebnej, szkodliwej konkurencji, zarówno wśród piszących jak i między organizatorami nagród. Jak zaczyna się mówić i myśleć w kategoriach „najlepszej książki” czy „najbardziej prestiżowej nagrody”, to literatura zamienia się sport, tylko że w literaturze nie ma narzędzi do obiektywnego ustalenia, jakie osiągniecie jest najlepszym.

M.Ś: Bycie jurorem takiej nagrody oczywiście zaszczyt, ale też spora presja. Szymborska jest aktualnie największą i najważniejszą nagrodą poetycką w Polsce, budzi mnóstwo emocji w środowisku. Jak sobie Pan z tym radzi?

B.H: Nie odczuwam presji. To może komfort obcokrajowca, który po dokonanej pracy wraca do siebie, gdzie mało kogo się interesuje nagrodą Szymborskiej. Po zgłoszeniu nominacjach czy wręczeniu nagrody śledzę komentarzy w prasie czy w Internecie, bo jestem ciekaw, jakie są opinie, jakie argumenty za czy przeciw naszym decyzjom. Bo w moim rozumieniu nasze nominacje są propozycjami, które mają zachęcić do czytania i dyskusji. Kto w końcu dostaje nagrodę, to kwestia raczej drugorzędna – w każdym roku jest więcej niż jeden tom, które zasłużyłyby na nagrodę.

M.Ś: Drugorzędna, a jednak, abstrahując od kwestii prestiżu, sto tysięcy złotych to w polskich kręgach kulturalnych ogromne pieniądze, które nagrodzonemu poecie pozwalają spokojnie pracować przez długi czas, co jest – nie oszukujmy się – luksusem. I chyba dlatego werdykt zawsze budzi takie emocje. Kiedy w grę wchodzi taka kwota, łatwo poczuć się skrzywdzonym…

B.H: Tak, i chyba ma się do tego pełne prawo. Na tle różnorodności książek, z których mamy do czynienia, każdy nasz wybór da się zakwestionować, więc każdy też może mieć do nas pretensje, z czwórką nienagrodzonych nominowanych na czele. Rozumiem też, kiedy na przykład któryś z nominowanych nie przyjeżdża na galę wręczenia. Bo o ile bardzo fajne są te wszystkie spotkania z nominowanymi, to na gali trochę nieprzyzwoicie wykorzysta się ich do tworzenia spektaklu, w którym już mniej chodzi o świętowanie dobrych poetów i poetek czy poezji w ogóle, lecz o budowanie pozycji nagrody w konkurencji z innymi nagrodami. Tomasz Różycki kiedyś opowiadał mnie o nagrodzie amerykańskiej czy kanadyjskiej, do której był nominowany – tam głównym elementem uroczystości były czytania i spotkania z poetami, samą nagrodę natomiast potem wręczono w bardzo kameralnej atmosferze. Bardzo mi się ten model spodobał.

M.Ś: To chyba też piekielna robota? Jak udaje się Panu czytać te setki książek, które spływają rokrocznie do Fundacji?

B.H: Oczywiście nie można przeczytać wszystkich tomików od początku do końca. Jak przychodzi paczka z Fundacji, najpierw czytam parę wierszy z każdego tomiku, by poznać głos poety czy poetki. Na tej podstawie dokonuję pierwszy, intuicyjny wybór tomików, które potem czytam dokładniej.

M.Ś: Z jednej strony to całkowicie zrozumiałe i naturalne – bo taka jest po prostu praktyka czytelnicza, nie tylko wśród jurorów nagród, ale z drugiej, wydaje się jednak trochę krzywdzące… Jestem, szczerze mówiąc, pełny podziwu, bo ja na Pana miejscu chyba panicznie bałbym się ominięcia czegoś, przegapienia jakiegoś poetyckiego objawienia – nie ma Pan czasem takiego poczucia?

B.H: No, poza laureatem na którymś etapie wszystkich się krzywdzi. I jak się czyta Moje nagrody Thomasa Bernharda, to można dojść do wniosku, że w końcu laureata też… To jest nieuniknione w tej grze. Ale wiem oczywiście, że – tak samo jak ograniczony jest czas, który mam na czytanie przesłanych przez Fundację książek – moja perspektywa jest ograniczona, uwarunkowana wieloma czynnikami, i że zwłaszcza na tym pierwszym etapie istnieje pewne niebezpieczeństwo przegapienia czegoś dobrego, wartościowego. Pod tym względem uspokajające jest to, że w kapitule jest nas siedmiu. Czyli jeśli ja czegoś nie zauważam, istnieje dość duże prawdopodobieństwo, że koleżanka czy kolega zwraca na to uwagę.

M.Ś: W stosunku do Nagrody często pojawia się zarzut, że w Kapitule jest jedynie dwoje polskich native speakerów, a reszta z Państwa to tłumacze. Chyba nikt nigdy nie doprecyzował, dlaczego miałoby to właściwie być złe rozwiązanie, ale jak Pan sądzi, jakie są jego wady, a jakie – zalety?

B.H: Skład kapituły wynika chyba z tego, że Nagroda Szymborskiej pomyślana jest jako międzynarodowa. Na takim tle wydaje się sensowne, że i kapituła jest międzynarodowa. Ale mimo to składa się z osób dość dobrze orientujących się w polskim życiu literackim, nie tylko jako tłumacze, lecz także jako poloniści czy menadżerzy kultury. Co nas – obcokrajowców – odróżnia od polskich kolegów, to chyba to, że nie tkwimy tak głęboko w tym, co Pan wcześniej nazwał środowiskiem. I oczywiście patrzymy na polską poezję czy literaturę w ogóle z perspektywy tego, co dla naszej kultury może być interesujące, jakie teksty mogłyby się sprawdzić w tłumaczeniu. Nie wiem, czy to raczej zaleta, czy wada – to chyba zależy od punktu widzenia.

M.Ś: Chciałbym się tutaj odwołać do głośnego i ciekawego tekstu Zwiędłe laury instytucji Anny Kałuży, opublikowanego w „Małym Formacie”, w którym krytykuje system nagród literackich. Pisze tam ona, że międzynarodowość Waszej Kapituły to fikcja, która przesłania „zależność od trwałych historycznie norm estetycznych”. Jak Pan uważa, czy to spostrzeżenie jest trafne? Czy uwarunkowania kulturowe w nas rzeczywiście są tak silne, i czy tak trudne jest wyłamanie się z nich?

B.H: Wszyscy chyba jesteśmy zależni od takich norm. Bo rodzimy i kształcimy się w kontekście konkretnej kultury z konkretnymi tradycjami, do których się odnosimy. A mimo to Przyboś pisał inaczej niż Mickiewicz, Benn inaczej niż Goethe. Czyli jest ewolucja w poezji i jest ewolucja w odbiorze, bo nauczyliśmy się cenić i Przybosia i Benna, Różewicza i Celana. Natomiast fikcyjność albo może lepiej ograniczoność „międzynarodowości” naszej kapituły polega raczej na czymś innym – jak mówiłem, większość z nas bowiem jednak mocno związana jest z polską kulturą. Poprzez swoją pracę o wiele intensywniej zajmuję się polską literaturą niż niemiecką. Czyli do pewnego stopnia mój punkt widzenia też jest „wewnętrzny”. Ale jednak jako Niemiec polską poezję czytam przez pryzmat swojej niemieckości, co oznacza, że pewne wątki bardziej mniej interesują niż inne, że brakuje mi wiedzy, by rozpoznać czy docenić pewne rzeczy, ale także, że mogę doczytać się czegoś, co wymyka się uwadze polskich czytelników. Jako tłumacz oczywiście zadaję sobie pytanie, co mogłoby zainteresować niemieckich czytelników. Więc jest też perspektywa „zewnętrzna”, tym bardziej, że cudzoziemcy w kapitule reprezentują dość rożne obszary kulturowe.

M.Ś: Skoro już jesteśmy przy zarzutach… W zeszłym roku, po ogłoszeniu nominacji, gdy okazało się, że wyróżnieni zostali jedynie mężczyźni, rozpętało się środowiskowe piekło. Nie szczędzono Państwu cierpkich słów, oskarżano o seksizm i utknięcie w patriarchicznym modelu poezji. Z kolei w tym roku nominowane są aż cztery poetki i tylko jeden poeta. Wiele osób zdaje się sądzić, że zeszłoroczna krytyka odniosła skutek. Co Pan o tym sądzi?

B.H: Myślę, że tu częściowo wrzuca się dwie różne sprawy do jednego worka. Jedna sprawa, to pozycja poetek w środowisku czy na rynku literackim, druga to ocena konkretnych tomów poetyckich. Moim zdaniem sugerowanie, że między jednym a drugim istnieje jakiś bezpośredni, może nawet przyczynowy związek, jest tak samo naiwne czy mylące jak stwierdzenie, że żadnego związku nie ma. Na takiej podstawie też trudno wejść w rozmowę – bo jakże miałbym udowodnić, że nie jestem seksistą albo że interesuje mnie nie płeć poety/poetki, lecz to, czy jego/jej poezja jest dobra? Przy tym nie ukrywam, że cieszy mnie fakt, że tym roku w naszej piątce znalazły się cztery poetki. Bo i w zeszłym roku były „żeńskie” tomy, które na pewno zasłużyłyby na nominację. Na niektóre z nich zwrócili uwagę redaktorzy „Małego Formatu” w tekście Babskie wiersze. Ten głos zresztą także dlatego jest ważny, bo uświadamia, że ustalenie listy pięciu „najlepszych” tomów poetyckich danego roku, nie mówiąc o wyborze „najlepszego“ tomu, jest sprawą w dużej mierze umowną i niesprawiedliwą, bo zazwyczaj jest więcej pozycji godnych uznania i nagrodzenia. W tym sensie każdy nasz wybór jest skandaliczny.

M.Ś: I znów powraca tutaj przywołany wyżej tekst Anny Kałuży, w którym zwraca uwagę, że nie chodzi jedynie, a nawet w ogóle o wykluczenie kobiet, ale przede wszystkim głosów z „offu”, o powtarzanie tych samych nazwisk, tradycyjnych poetyk. Bo też faktycznie, rzadko do Szymborskiej nominowani są poeci „kontrowersyjni”, nigdy też nie nominowano żadnego debiutu.

B.H: No tak, rewolucyjną komórką nie jesteśmy. Fakt, że książka musi zdobyć cztery głosy z siedmiu, bo jak mówi regulamin, kapituła „podejmuje decyzje […] w formie uchwał, zwykłą większością głosów”, zmusza nas do szukania kompromisów. Zatem pewna mainstreamowość wynika już z samej konstrukcji nagrody. Mimo to nie do końca zgodziłbym się z tezą, że powtarzają się wciąż te same nazwiska i poetyki, przynajmniej nie te z pokolenia „bruLionu”, o których mówi Anna Kałuża. Przynajmniej dla mnie choćby Jakub Kornhauser czy Joanna Roszak (2016), Tomasz Bąk (2017), albo Natalia Malek czy Ilona Witkowska nie były takimi przewidywalnymi wyborami.

M.Ś: Chciałbym poświęcić parę chwil tym nominacjom. Co zadecydowało o tym, że akurat te, a nie inne książki zostały wyróżnione?

B.H: Proszę zrozumieć, że nie chciałbym tu uzasadniać naszej decyzji, bo to wewnętrzne sprawy objęte wg. regulaminu „zasadą zachowania w tajemnicy”. To na tym etapie chyba dotyczy także mojej osobistej opinii na temat pojedynczych tomów. Odpowiadam więc raczej formalnie, znów zwracając uwagę na przewidywany mechanizm dokonania wyborów: Zadecydowało to, że w danym momencie mniejsza lub większa większość jurorów zagłosowała za nominowanymi tomami.

M.Ś: Oczywiście! A zdradzi Pan, kto jest Pana faworytem?

B.H: Nie, bo nie mam, mimo że w piątce są książki, do których na razie mam cieplejszy stosunek niż do innych. Ale po nominacjach wszystko zaczyna się od nowa, bo teraz czyta i porównuje się już tylko tę piątkę tomików, co może doprowadzić do zupełnie nowych wrażeń i ocen. Więc sam jestem ciekaw wyników tej ponownej lektury.

M.Ś: Co z książkami, które nie weszły do ostatniego etapu? W przewidywaniach wymieniano Honeta, Sosnowskiego, Jarniewicza… Które książki było najtrudniej odrzucić, oczywiście Panu osobiście?

B.H: W zeszłym roku odkryciem dla mnie był Matecznik Małgorzaty Lebdy, w tym roku byłem pod wrażeniem książek Joanny Roszak (Przyszli niedokonani) i Jarosława Mikołajewskiego (Listy do przyjaciółki). U Roszak fascynuje mi rozwój jej poezji, w której element lingwistyczny coraz bardziej łączy się z opowiadaniem o świecie i zaangażowaniem. A Mikołajewski chyba powrócił do poetyki wcześniejszych tomów, z których sporo wierszy tłumaczyłem na niemiecki. Mógłbym kontynuować tę listę, i gdyby Pan jeszcze zapytał innych jurorek i jurorów, to pewnie usłyszałby Pan kolejne nazwiska, z których można by składać równie dobrą piątkę co aktualna.