„Ja nie rozumiem”, cz. 1: Pięć faktów o poezji najnowszej

Krzysztof Jaworski ft. Bunkier Cafe

Nie zliczę, ile razy odkąd zajmuję się literaturą, słyszałem takie zdania: „ja nie rozumiem współczesnej poezji”; „współczesna poezja jest dla mnie za trudna”; „lubię dwudziestolecie, ale współczesnej poezji nie chwytam”, albo nawet: „zazdroszczę, też chciałbym rozumieć”. Wskutek przedziwnej tradycji, panującej w naszym kraju, poezja najnowsza jest mistyczna, niepojęta i przeznaczona tylko dla wąskiej sekty wtajemniczonych, którzy potrafią ją zrozumieć i zinterpretować.

Tego typu myślenie, które uważam za błędne, pokutuje od dawna w recepcji polskiej liryki, której czytelników, jak wiadomo, jest tysiąc stu trzydziestu czterech i ani jednego więcej. Właśnie przez takie przyzwyczajenia odbiorców tomy wierszy wydawane są w żenujących nakładach, które zwykle się nie sprzedają, a redaktorzy odkrywają, że najrzadziej w ich czasopismach czytane są kolumny poetyckie.

Walka z tym porządkiem jest walką z wiatrakami i wielu przede mną ją podejmowało, ale to nie jest żaden powód, żeby rezygnować. Dlatego otwieram cykl, którego pierwszą część właśnie czytacie, mający udowodnić nieprzekonanym czytelnikom, że owszem, mogą i potrafią zrozumieć poezję współczesną, ba, mało tego, że to może być fajne. Będzie się opierał głównie na lekturze konkretnych tekstów, ale najpierw należy ustalić garść faktów.

Fakt 1: nie można źle zrozumieć wiersza

Częstym lękiem, którym dzielili się ze mną wanna-be czytelnicy poezji, był ten, że źle zrozumieją wiersz. Że są za głupi, za mało oczytani albo za mało wrażliwi na dobre odczytanie czyjegoś dzieła. Tymczasem prawda jest taka, że wiersz może zostać źle (to znaczy niezgodnie z intencją autorską) zrozumiany, ale nie można go źle zrozumieć. Każdy rozumie poezję po swojemu. To kwestia całkowicie indywidualna. I jeśli odczytujesz jakąś frazę w sposób X, a twój kolega w sposób Y, to nie jest tak, że któreś z was się myli; przeciwnie, obydwaj interpretatorzy mają zapewne swoją rację. Nawet jeśli autor utworu uważa, że jego wiersz oznacza Y, to Twoje X wcale nie jest gorsze. I to jest właśnie w tym biznesie najlepsze i najciekawsze.

Fakt 2: wiersz jest dla ciebie

Najważniejszy w procesie odbioru jesteś Ty, czytelnik. Nie jesteś już w szkole i nie usadzono Cię przed przypadkowym tekstem Mickiewicza, żebyś go zanalizował i zinterpretował na ocenę; nie musisz się ani śpieszyć, ani starać, jeśli nie masz ochoty. Masz czerpać z lektury przyjemność, taką samą, jaką czerpiesz z dobrej powieści. A jeśli siedzisz, czytasz i za cholerę tego nie chwytasz, to nie znaczy, że jesteś za głupi; po prostu poeta ci nie siadł. Ja na przykład nie czytuję kryminałów, bo mnie nie bawią. Nie czyni mnie to gorszym od fanów Katarzyny Bondy; po prostu odkładam Bondę i sięgam po Sapkowskiego.

Oczywiście, wiersze rzadko są utworami rozrywkowymi, ale przecież czytanie poważnych książek też potrafi sprawiać przyjemność. I nie ma żadnego powodu, dla którego miałbyś się tej przyjemności bać, albo żebyś musiał czytać poezję, która ci się nie podoba. Nikt Ci nie każe.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym: to, że poeta dostał jakąś nagrodę, albo jest nazywany wybitnym, nie znaczy, że musisz go lubić i odwrotnie: jeśli o czyichś wierszach w ogóle nie słychać, nie znaczy to, że są złe.

Fakt 3: „wiersz nie jest cudem”

Ta używana w środowisku Ha!Artu fraza oznacza co innego, ale daje się świetnie zaadaptować do naszych potrzeb. „Wiersz nie jest cudem”, czyli nie stanowi dzieła natchnionego giganta, będącego tubą absolutu, na której Eufrozyna razem z resztą muz wygrywa wieczyste wersety. Wiersz to zwykły kawałek tekstu, taki sam jak artykuł w gazecie albo opowiadanie. Albo post na Facebooku. Ktoś – taki sam człowiek, jak ty – wpadł na pomysł, a potem wziął i napisał. Nie obcujesz z czymś wyższym, lepszym, fajniejszym, tylko ze zbiorem literek i z tego prostego powodu nie ma sensu go unikać ani się go bać.

Fakt 4: lektura wymaga wprawy

W tym jednym poezja faktycznie różni się od literatury popularnej: czasem wymaga odrobiny doświadczenia. Dlatego większość czytelników zaczyna od poezji romantycznej albo dwudziestolecia międzywojennego: dzięki o wiele prostszej formie i operowaniu łatwiejszymi metaforami, wydaje się bardziej przystępna. I bardzo dobrze, to dobry trening. Ale nie należy unikać poezji współczesnej dlatego, że na pierwszy rzut oka wydaje się niezrozumiała.

Dlaczego? Bo taka nie jest. Wiersze Honeta są może i bardziej skomplikowane, niż wiersze Tuwima, ale nie stają się przez to niezrozumiałe. Jest spora szansa, że za pierwszym razem nic się z Honeta nie zrozumie, tak samo jak dziecko, które sięgnie po Leśmiana. Ale wystarczy wrócić do niego trochę później, kiedy obezna się już ze sposobami współczesnego metaforyzowania, żeby stał się o wiele jaśniejszy.

I wcale nie trzeba sobie z tego zdawać sprawy. Wystarczy czytać, czytać, czytać, żeby klocki same wskoczyły na swoje miejsce.

Fakt 5: wiersz współczesny to twój wiersz

Jako mieszkaniec świata współczesnego jesteś naturalnie predestynowany do czytania i rozumienia współczesnych wierszy. To są utwory, które piszą ludzie tacy sami jak Ty – wstają rano, piją kawę, mają smartfony, pracują gdzieś w korpo, w wolnych chwilach oglądają Grę o tron i narzekają na PiS, a potem idą na imprezę i wrzucają zdjęcia na Instagrama. Przebywają w podobnym do Twojego środowisku, mają podobne do Twoich problemy, mówią tym samym językiem. Też się martwią, jak dożyć do pierwszego i też zaśmiewają się z kotków w internecie.

Tymczasem poeci dawni żyli w innych czasach i mieli inne kłopoty. Dlatego dziś czytamy tylko te ich wiersze, które dotyczyły rzeczy uniwersalnych, takich jak miłość czy nostalgia. Dlatego potrzebujemy w ich wierszach przypisów, adnotacji i objaśnień. Gwarantuję, że Twoje wnuki też będą potrzebować przypisu, żeby zrozumieć tę frazę z Tomka Bąka:

Po zamknięciu wszystkich kart incognito
wyświetlane na nich strony nie pozostawią żadnych śladów
w historii przeglądarki, magazynie plików cookie ani
historii wyszukiwania.

Ty, czytelniku, nie potrzebujesz przypisu. Dlaczego? Bo, tak samo jak Tomasz Bąk, używasz, albo przynajmniej używałeś kiedyś Google Chrome. Korzystaj z tego.

W następnym wpisie z cyklu przeczytamy jakiś wiersz i zobaczymy, co uda się z niego zrozumieć. Bądźcie na bieżąco!

Hanna Janczak – „Lekki chłód”

Wydawnictwo Igloo, 2015

Lekki chłód, wydany przez początkujące wydawnictwo Igloo (którego inicjatywa-matka to Towarzystwo Aktywnej Komunikacji), jest najlepszym dowodem na istotność warstwy graficznej wydawnictwa poetyckiego – gdyby nie to, że jest bardzo ładną książką, w życiu bym zapewne po niego nie sięgnął. A sięgnąłem i w gruncie rzeczy nie żałuję.

Janczak debiutuje tomikiem bardzo dobrze wpisujący się w najnowsze tendencje i mody literackie – kobiecym, zaangażowanym, ale bez przesady, utrzymującym się zdecydowanie bardziej w rejestrach lirycznych niż agitacyjnych. Zbawienny balans jest niewątpliwym plusem tej lektury. Niestety, nie wszędzie jest różowo.

Wady tomu objawiają się przede wszystkim w
sięganiu tu i ówdzie po zużyte poetyki, które „nie grają”. W niektórych wierszach, z których część dostępna jest również na niezawodnym Helikopterze, autorka uderza w czułostkowy liryzm spod znaku uwspółcześnionej Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, co może i potrafi wzruszyć, ale zwykle powoduje jednak ziewnięcia. Czasem Janczak wykonuje niezgrabny i niezdecydowany ruch ręką w stronę minimalizmu, co kończy się narodzinami bardzo mało znaczących potworków, takich jak ten:

pudło

wstydziłem się mówić usiadłem w kącie
i płakałem chciałem być sam
ale wszyscy podchodzili do mnie

ale teraz już wiem już wiem
jutro ty przyjdziesz otworzysz usta
i powiesz za mnie

Oczywiście, to nie ze względu na złe wiersze zwróciłem uwagę na tę książkę. Wprost przeciwnie, bo są w Lekkim chłodzie miejsca, w których robi się bardzo ciekawie, a są to te rejony, gdzie autorka sięga po pierwsze po tematykę społeczną, a po drugie kobiecą. Janczak bardzo skutecznie wykorzystuje perspektywę kobiety-matki, aby zauważyć pewne zjawiska, które zazwyczaj zauważane nie są, ustawić się w pozycjach, w których mało kto na rynku poetyckim stoi. Jeden z najlepszych wierszy w tomie to utwór poślizg, opowiadający o archetypicznej już postaci rubasznego wujka, ale w taki sposób, że po zakończeniu lektury nie wiadomo właściwie co ze sobą zrobić, niezależnie od tego, po jakiej stronie politycznej barykady się stoi.

Jednak tym, co mnie najbardziej urzekło, są bardzo ciekawe erotyki, stanowiące statystycznie całkiem pokaźną część książki. Jest to gatunek czy konwencja we współczesnej liryce, niestety, wymierająca, a przynajmniej ukryta, bo sam charakter poezji erotycznej wyklucza jej całkowitą ekstynkcję. Nie zmienia to faktu, że jest ich bardzo mało, a jeśli są, to zazwyczaj złe; Janczak tymczasem proponuje nam świetne podejście do tematu, oparte zazwyczaj na jednej dosłownej metaforze, obudowanej całą serią lirycznych obrazów, doskonale dyktujących tonację, w jakiej należy odczytać główny chwyt. A ponieważ wszystko to podane jest z perspektywy kobiety dojrzałej i świadomej swojej seksualności, efekt jest naprawdę bardzo dobry:

kiedy

Pytam bo jestem już lekko rozleniwiona ale ciągle wilgotna
i twarda jak woda. Przyszłość się otwiera papieros zwisa
jak złamana kończyna i tracę głowę od czytania że życie wchodzi
w fazę schyłkową. Stąd planuję serię szybkich wypraw po bezdrożach.
Jeśli wejdziesz możesz zostać. W drodze na koniec mam nawet apteczkę
i pusty słoik po ogórkach na ostatni łyk powietrza. A jakby się nie dało
zsynchronizować języków wykopię głęboki dół i schowam w nim oczy
żeby umiały wyrosnąć ze środka i wszerz grudkowatych ściegów dżdżownic
kiedy wychodzisz ze mnie i pozostajesz w środku.