Gościnnie. A Zając, P. Kasperowicz


Niniejszy wpis początkuje serię wpisów gościnnych na moim blogu, w których – od czasu do czasu – ktoś inny zabierze głos na jakiś temat. Dziś – będzie to Antoni Zając, który napisał miażdżący onewierszstand do wiersza Piotra Kasperowicza, pochodzącego z zestawu dostępnego na Helikopterze. Miłej lektury!

Upusty wykwintności w koniugacji

Dobre wychowanie codziennie lekko uchyla drzwi chamstwu
małe upusty wykwintności dla grubiaństwa czynią spore odstępstwa
a ono to chamstwo plugastwo następstwo nieścisłość
rzuca w koniugacji czy konsekwencji poluzowania monstrualne cienie
szyk klasyczny staje się szokiem na wskroś pospolitym
a gust płacze na jedno oko nad lirycznym romansem sprzed wieku
co zasłabł w gorsecie w rytmie hip-hopu czy w toalecie
płytszy oddech jak brzmienie na wierzchu wewnętrznej mądrości
głębia intelektu zagłuszona potężnie donośnym basem
zmysł samozachowawczy zaleca cierpienie w domowej homeopatii.

 

Wiersz Piotra Kasperowicza jest nieznośny na pierwszy, drugi, trzeci rzut oka. Jest nieznośny już od samego tytułu, który, szczególnie wtedy gdy głośno go przeczytać, wywołuje gęsią skórkę i zapowiada prawdziwie „doniosłe” doświadczenie lekturowe. Niełatwo zaufać któremukolwiek z pompatycznych słów składających się na ten tytuł; później zaś – w miarę koniugacji tej wykwintności w dalszym ciągu utworu – językowy upust (obecny tu, jak przypuszczam, w znaczeniu tyleż handlowym, co afektywnym) dany niepokojom targającym autora jest jeszcze mniej atrakcyjny dla osoby czytającej.

W zgrzytliwym i rozpadającym się tekście Kasperowicza napotykamy na przytłaczającą wizję, w której „potęga smaku” okazuje się nie aż tak potężna – opuszcza ona swoją gardę i wpuszcza niszczycielski ferment we własne szeregi. Potwór kultury popularnej zagląda z bezczelną ciekawością do wieży z kości słoniowej; z jej wnętrza coraz donośniej słychać basowe dudnienie nowoczesności. Ten odgłos zwiastuje śmierć szyku i narodziny szokującej banalności czy też banalności szoku.

Niestety, refleksja twórcy jest równie banalna, bez względu na wykwintność sztafażu, w którym jest przemycana. Jest ona zaklęta w tekście, który wydaje się upiorną powtórką z upiornego wiersza Herberta zatytułowanego „Pan Cogito o muzyce pop”.

Być może jednak można znaleźć w wierszu Kasperowicza coś intrygującego, nieoczywistego? Może tak, ale w tym celu trzeba byłoby rozegrać ten utwór przeciwko niemu samemu – ocalić go poprzez dostawienie cudzysłowu, który pozwoli zauważyć, że w każdej homeopatii (szczególnie w domowej homeopatii konserwatysty) znajduje się dawka trucizny. Jest wtedy szansa na to, że nieprzepuszczalna powłoka pęknie, a delikatne uchylenie drzwi będzie nie tyle aktem gościnności wobec monstrum, co raczej otwarciem okna i przewietrzeniem pokoju, by zacytować tu napisany niemal trzydzieści lat temu słynny wiersz pewnego poety-barbarzyńcy.


Antoni Zając – student polonistyki w ramach MISH-u na Uniwersytecie Warszawskim.
Publikował w internetowej wersji czasopisma „Kontakt”, „Małym Formacie” i „Polisemii”. Obecnie pracuje nad tekstem poświęconym twórczości Leo Lipskiego i Piotra Rawicza. Interesuje się poezją najnowszą, a także związkami między teologią, filozofią i literaturą.

Pięć książek poetyckich idealnych na kiepski prezent

Jeżeli naprawdę zamierzasz kupić komuś na gwiazdkę książkę z wierszami, to oznacza, że albo jesteś psychopatycznym fanem liryki z poczuciem misji, albo masz w rodzinie kogoś, kogo nie lubisz – polecam rozważyć ten pomysł i zdecydować się na skuter wodny, ewentualnie nowego Xboxa. Jeśli jednak się uwziąłeś i/lub któreś z powyższych jest prawdą, względnie nie chcesz stracić dwóch kafli na konsolę, przygotowałem krótki wybór.

1. Marcin Sendecki – W
prezent na gwiazdkę
Biuro Literackie, 2015

Umówmy się – nie znajdziecie lepszego tomu wierszy na prezent. Po pierwsze, jest szansa, że obdarowany faktycznie przeczyta chociaż kilka utworów, ponieważ większość z nich nie ma nawet dwóch wersów. Po drugie, recenzja książki ukazała się (z rocznym opóźnieniem, ale nie bądźmy małostkowi) w Gazecie Wyborczej, więc istnieje niewielkie, ale jednak, prawdopodobieństwo, że ktoś skojarzy nazwisko i nie pomyli go z Wielkim Inkwizytorem Eugeniuszem Sendeckim. Po trzecie, W jest doskonałym pretekstem do burzliwej dyskusji na temat tego, że współczesna poezja to nie poezja i czemu to się nie rymuje, przecież ja też bym takie napisał.

2. Szczepan kopyt – wypisy dla klas pracujących
prezent na gwiazdkę
WBPiCAK, 2017

Koniecznie dla osoby ze skrzywieniem prawicowym, najlepiej bratu-korwiniście albo wujkowi-przedsiębiorcy, bo dawanie Kopyta wyborcy Razem jest trochę jak wyważanie drzwi obrotowych. Przy odrobinie szczęścia osiągniesz sążnisty flamewar przy wigilii, a jeśli naprawdę ci się pofarci, to nie tylko zyskasz nowego marksistę w rodzinie, ale w dodatku dostarczysz światu dowodu na zasadność istnienia liryki zaangażowanej.

3. Roman honet – ciche psy
prezent na gwiazdkę
Biuro Literackie, 2017

Ta książka powinna powędrować do tej jednej osoby w rodzinie, która uwielbia święta i chodzi po domu w swetrze z reniferami i czapce Mikołaja. I cały czas podśpiewuje Last Christmas. Po lekturze kilku pierwszych wierszy z cichych psów zrozumie, że nie ma czegoś takiego, jak szczęście, że istnieje tylko miłość i śmierć, obydwie są siłami nieokiełznanymi i równie niszczycielskimi, a smutek to bieg krwi. Resztę świąt spędzi płacząc w łóżku, a ty będziesz mógł spokojnie słuchać nowego Organka zamiast Wham!.

 

 

4. Jakobe Mansztajn – Studium przypadku
prezent na gwiazdkę
WBPiCAK, 2014

Można spokojnie założyć, że Mansztajn już nic nie wyda w przerwach od robienia nieśmiesznego programu w telewizji, więc będziesz mógł sprzedać młodszej siostrze czy wrażliwej cioci smutną historię poety, który pisał piękne wiersze, ale zmarł bardzo młodo i już nic nie stworzy. Będzie wzruszająco i familijnie, zrobisz wrażenie, a zapewne nikt się nie zorientuje, że mylisz go z Pułką.

 

 

5. Adam Zagajewski – Wiersze wybrane
prezent na gwiazdkę
Wydawnictwo a5, 2010

Absolutna klasyka, w każdym tego słowa znaczeniu. Przyda się, kiedy autor dostanie Nobla, a w międzyczasie będzie się pięknie prezentować na półce między Pismem Świętym a Encyklopedią.

 

 

 

 

 

Jeśli macie inne propozycje, jaka książka poetycka zepsuje (albo i naprawi) komuś święta, bardzo chętnie je poznam!

Wielkie zmiany, małe zmianki

Po grubo ponad roku działalności i dokładnie sześćdziesięciu siedmiu wpisach „Porozmawiajmy o poezji” dotarło do granicy, poza którą wykroczyć nie mogło – czego oczywistym dla nas, autorów, dowodem, jest fakt, że nie aktualizowaliśmy bloga od czterech miesięcy.  Przyczyny takiego stanu rzeczy są równie prozaiczne, co prawdziwe: pochłonęło nas życie, inne projekty, a zwłaszcza kwartalnik „KONTENT”, w którym wszyscy maczamy palce.

W związku z tym planowaliśmy zakończenie działalności. Ponieważ jednak dotarły do nas liczne (i bardzo miłe) głosy zatroskania losem bloga, zdecydowaliśmy inaczej, wierząc, że mimo niszowości i specyficznej formuły „Porozmawiajmy…” zajęło jakieś skromne miejsce na mapie światka literackiego. Dlatego bloga – w formie nieco odświeżonej – przejmie Marcin, który gotowy jest kontynuować dzieło. Fanów pisania Weroniki i Mikołaja uspokajamy – od czasu do czasu będą pojawiać się we wpisach gościnnych!

Razem z tą ogromną zmianą idą zmiany mniejsze, chociaż nie mniej ważne. Blog otrzymał nową, minimalistyczną szatę graficzną, jak również nową, skróconą nazwę (z czym nosiliśmy się od wieków), która wydaje się nam o wiele mniej infantylna. Liczymy, że nie zawiedziemy tymi decyzjami zaufania czytelników i nadal będą chętnie tu zaglądać.

Pod domeną o-poezji.pl znajdziecie od dzisiaj nowego bloga; stary, razem z archiwum jego wpisów, będzie dostępny pod linkiem w menu z lewej strony, a także na swojej oryginalnej domenie o-poezji.blogspot.com

Książka ze skrzynki – „Późny_debiut” Radosława Sączka

Ilustracja z okładki. Późny_debiut, Warszawa 2017 / źródło: lodz.carpediem.cd

Od czasu do czasu ludzie przysyłają mi książki. Czasem są to koledzy i koleżanki, czasem – wydawnictwa, a czasem osoby najzupełniej prywatne i bliżej mi nieznane. Ta ostatnia kategoria występuje zresztą najliczniej. Większość uzyskanych tą drogą książek czytam i odkładam na półkę, ponieważ przeważnie są to tomy złe. Źle napisane, źle wydane i zwykle  niewarte uwagi. Tym cenniejsze są miłe niespodzianki.

Późny_debiut Radosława Sączka okazał się tomikiem bardzo kłopotliwym w pierwszym, jeszcze przedlekturowym odbiorze. Primo, otrzymałem książkę w kopercie podpisanej wprawdzie jako „KONTENT”, ale za to na mój domowy adres, który nie mam pojęcia skąd się wziął w eterze. Secundo, po rozpakowaniu koperty moim oczom ukazała się naprawdę przyzwoicie wydana książka, z bardzo dobrą okładką i niezłymi ilustracjami (autorstwa Justyna Parfianowicza) w środku. Tertio, krótkie śledztwo wykazało, że odpowiedzialna za to wydanie fundacja („DLA KONTRASTU”) zasadniczo zajmuje się muzyką, a wydawnictwo („Doświadczenia z perspektywą”) to jakaś zupełna efemeryda, odnajdywalna tylko w KRSie. Rozpisuję się o tym po to tylko, żebyście złapali klimat jakiejś nierealności i oderwania od sceny literackiej, który otacza tę książeczkę.

Nie ma mowy tutaj o grafomanii, co notorycznie zdarza się w wypadku tomów wydawanych w selfach (albo efemerydach). Zresztą – biogram na tylnej okładce wskazuje, że autor nie jest jakimś przypadkowym gościem z ulicy, tylko gdzieś już publikował, chociaż to jeszcze o niczym nie świadczy. Tom składa się z dwóch części – zatytułowanych Wiersze do biur oraz Chory rozsądek, które stanowią osobne całostki i – jak wynika z posłowia Macieja Płazy – obydwie nominowane były do Bieriezina. Mnie zainteresowała zwłaszcza ta pierwsza.

Wiersze do biur podejmują tematykę stosunkowo nową, ponieważ praca w korpo i związany z nią lifestyle pojawia się w literaturze – jak dotąd – epizodycznie. A wyszło to tym ciekawiej, że zamiast nową tematykę wtłaczać w nowe formy, Sączek, jakby na złość performatywnej poetyce Tomka Bąka, pisze o korporacji z perspektywy podmiotu zgoła niedzisiejszego – romantycznego, przepełnionego wiarą w etos poetycki, nie upatrującego w korpolajfie świadectwa upadku cywilizacji czy pretekstu do solidnego wkurwu, ale wręcz przeciwnie – okazji do refleksji i parafilozoficznej zadumy:

Albo gdyby móc nie widzieć wzorów, liter, cyfr, kolorów,
można byłoby pomyśleć, że coś jest za światłem
i wyświetla się dla niej. Że ona wypatruje źródła, a może i widzi.

(Portret przed monitorem)

Tworzy to dosyć wybuchową i zaskakująco (używam tego słowa z pełną świadomością: zaskakująco) udaną mieszankę: otrzymujemy bowiem romantyczny podmiot, który ujmuje w języku korporacyjnym refleksję egzystencjalną, zamykając to wszystko w klasycznej już dzisiaj konstrukcji wiersza. W efekcie cały tom kipi zarówno od ciężkiej, cywilizacyjnej rozkminy, jak i równie lekkiej ironii, dystansującej podmiot od samego siebie i podstawiającej w jego miejsce samego czytelnika, zupełnie jakby do korpo trafił Kaczmarski z gitarą, a nie Sączek. I nawet (a może zwłaszcza) tam, gdzie autor decyduje się jednak zrezygnować z maski sentymentalnego poety i rąbnąć zwykłym konceptem, wychodzi to świetnie:

Zadzwonił z urlopu, powiedział:
Pierwszy raz w życiu sięgnąłem po szczęście.
Że życie było coś warte
i generalnie było po coś.
Jestem pijany, naćpany,  z kobitą,
w przepięknym miejscu,
kurwa, na werandzie.

To ja to sobie wpisałem
do rożka w wykresie kołowym.

(Szczęście)

Jak wykazał pobieżny zwiad w Google, Późnego_debiutu nie da się w zasadzie nigdzie dostać – i nic dziwnego, skoro dystrybuuje go fundacja muzyczna i efemeryczne wydawnictwo z firmą-matką „Billboard Baggins”. Gdyby jednak jakimś niepojętym cudem wpadła wam ta książka w ręce, nie wahajcie się za długo, bo cuda nie zdarzają się dwa razy.

Onewierszstand; Honet, „litość, ptak z betonu”

litość, ptak z betonu

im głębiej śpię, tym biją mnie
mocniej, plują w twarz, kopią
w głowę – ta kotwica z neuronów,
skręconego deszczu, kobiety –
nie zdarzyły się nigdy,
ale – pozostały. albo
je przyciągnęły liny holownicze,
albo je litość stawia
przed oczami sama. inaczej:
noc nie wybiera snów, tak w drewnie,
jak i w ziemi, a litość, ten ptak, chociaż z betonu,
wie, że śpiewać musi.
i tak to idzie:

nigdzie, czyli tu,
nic – nowy początek.

Nową książkę Romana Honeta uważam za książkę rewelacyjną i nawet dałem temu wyraz na piśmie. Wierszy, które zasługują na pochylenie się i osobną analizę jest w niej multum – a co jeden, to trudniejszy i stawiający większy opór czytelnikowi. Utwór wieńczący książkę, przytaczany powyżej, jest jednym z tych, które urzekły mnie najsilniej.

Ciche psy – Biuro Literackie 2017

„głowa – kotwica z neuronów”. Który melancholik albo migrenik nie zna uczucia, że najlepiej byłoby poddać się bezwzględnej kapitulacji w stosunku do swojego mózgu, najlepiej kapitulacji poprzez dekapitację? Gdy o trzeciej w nocy sen nie tylko nie przychodzi, ale oddala się jeszcze bardziej przez obsesyjne myśli i kompulsywne bóle, poczucie bezsilności sięga zenitu (albo dna).

„kobiety – nie zdarzyły się nigdy,/ ale – pozostały. […] albo je litość stawia/ przed oczami sama.” – Jaki mężczyzna nigdy nie wspominał kobiet, które w życiu spotkał, nie upatrywał w nich, jak Cioran, jakiejś ucieczki od nieznośności wszystkiego, nie szukał wytchnienia w widmie kobiety wyobrażonej, wymarzonej i nieodnalezionej, albo odnalezionej i utraconej? Inaczej: noc nie wybiera snów, bo snów w nocy nie ma, są tylko wspomnienia. I wtedy litość, nad samym sobą, oczywiście, bo nad kim innym się litować w pustym, bezsennym pokoju, wie, że śpiewać musi:

„nigdzie, czyli tu,/ nic – nowy początek”, kolejna przestrzeń nieoznaczoności, w której obserwowany zmienia stan przez niewykrywalnego obserwującego, kolejny czas, kolejna noc nieprzespana.