„Ja nie rozumiem”, cz. 1: Pięć faktów o poezji najnowszej

Krzysztof Jaworski ft. Bunkier Cafe

Nie zliczę, ile razy odkąd zajmuję się literaturą, słyszałem takie zdania: „ja nie rozumiem współczesnej poezji”; „współczesna poezja jest dla mnie za trudna”; „lubię dwudziestolecie, ale współczesnej poezji nie chwytam”, albo nawet: „zazdroszczę, też chciałbym rozumieć”. Wskutek przedziwnej tradycji, panującej w naszym kraju, poezja najnowsza jest mistyczna, niepojęta i przeznaczona tylko dla wąskiej sekty wtajemniczonych, którzy potrafią ją zrozumieć i zinterpretować.

Tego typu myślenie, które uważam za błędne, pokutuje od dawna w recepcji polskiej liryki, której czytelników, jak wiadomo, jest tysiąc stu trzydziestu czterech i ani jednego więcej. Właśnie przez takie przyzwyczajenia odbiorców tomy wierszy wydawane są w żenujących nakładach, które zwykle się nie sprzedają, a redaktorzy odkrywają, że najrzadziej w ich czasopismach czytane są kolumny poetyckie.

Walka z tym porządkiem jest walką z wiatrakami i wielu przede mną ją podejmowało, ale to nie jest żaden powód, żeby rezygnować. Dlatego otwieram cykl, którego pierwszą część właśnie czytacie, mający udowodnić nieprzekonanym czytelnikom, że owszem, mogą i potrafią zrozumieć poezję współczesną, ba, mało tego, że to może być fajne. Będzie się opierał głównie na lekturze konkretnych tekstów, ale najpierw należy ustalić garść faktów.

Fakt 1: nie można źle zrozumieć wiersza

Częstym lękiem, którym dzielili się ze mną wanna-be czytelnicy poezji, był ten, że źle zrozumieją wiersz. Że są za głupi, za mało oczytani albo za mało wrażliwi na dobre odczytanie czyjegoś dzieła. Tymczasem prawda jest taka, że wiersz może zostać źle (to znaczy niezgodnie z intencją autorską) zrozumiany, ale nie można go źle zrozumieć. Każdy rozumie poezję po swojemu. To kwestia całkowicie indywidualna. I jeśli odczytujesz jakąś frazę w sposób X, a twój kolega w sposób Y, to nie jest tak, że któreś z was się myli; przeciwnie, obydwaj interpretatorzy mają zapewne swoją rację. Nawet jeśli autor utworu uważa, że jego wiersz oznacza Y, to Twoje X wcale nie jest gorsze. I to jest właśnie w tym biznesie najlepsze i najciekawsze.

Fakt 2: wiersz jest dla ciebie

Najważniejszy w procesie odbioru jesteś Ty, czytelnik. Nie jesteś już w szkole i nie usadzono Cię przed przypadkowym tekstem Mickiewicza, żebyś go zanalizował i zinterpretował na ocenę; nie musisz się ani śpieszyć, ani starać, jeśli nie masz ochoty. Masz czerpać z lektury przyjemność, taką samą, jaką czerpiesz z dobrej powieści. A jeśli siedzisz, czytasz i za cholerę tego nie chwytasz, to nie znaczy, że jesteś za głupi; po prostu poeta ci nie siadł. Ja na przykład nie czytuję kryminałów, bo mnie nie bawią. Nie czyni mnie to gorszym od fanów Katarzyny Bondy; po prostu odkładam Bondę i sięgam po Sapkowskiego.

Oczywiście, wiersze rzadko są utworami rozrywkowymi, ale przecież czytanie poważnych książek też potrafi sprawiać przyjemność. I nie ma żadnego powodu, dla którego miałbyś się tej przyjemności bać, albo żebyś musiał czytać poezję, która ci się nie podoba. Nikt Ci nie każe.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym: to, że poeta dostał jakąś nagrodę, albo jest nazywany wybitnym, nie znaczy, że musisz go lubić i odwrotnie: jeśli o czyichś wierszach w ogóle nie słychać, nie znaczy to, że są złe.

Fakt 3: „wiersz nie jest cudem”

Ta używana w środowisku Ha!Artu fraza oznacza co innego, ale daje się świetnie zaadaptować do naszych potrzeb. „Wiersz nie jest cudem”, czyli nie stanowi dzieła natchnionego giganta, będącego tubą absolutu, na której Eufrozyna razem z resztą muz wygrywa wieczyste wersety. Wiersz to zwykły kawałek tekstu, taki sam jak artykuł w gazecie albo opowiadanie. Albo post na Facebooku. Ktoś – taki sam człowiek, jak ty – wpadł na pomysł, a potem wziął i napisał. Nie obcujesz z czymś wyższym, lepszym, fajniejszym, tylko ze zbiorem literek i z tego prostego powodu nie ma sensu go unikać ani się go bać.

Fakt 4: lektura wymaga wprawy

W tym jednym poezja faktycznie różni się od literatury popularnej: czasem wymaga odrobiny doświadczenia. Dlatego większość czytelników zaczyna od poezji romantycznej albo dwudziestolecia międzywojennego: dzięki o wiele prostszej formie i operowaniu łatwiejszymi metaforami, wydaje się bardziej przystępna. I bardzo dobrze, to dobry trening. Ale nie należy unikać poezji współczesnej dlatego, że na pierwszy rzut oka wydaje się niezrozumiała.

Dlaczego? Bo taka nie jest. Wiersze Honeta są może i bardziej skomplikowane, niż wiersze Tuwima, ale nie stają się przez to niezrozumiałe. Jest spora szansa, że za pierwszym razem nic się z Honeta nie zrozumie, tak samo jak dziecko, które sięgnie po Leśmiana. Ale wystarczy wrócić do niego trochę później, kiedy obezna się już ze sposobami współczesnego metaforyzowania, żeby stał się o wiele jaśniejszy.

I wcale nie trzeba sobie z tego zdawać sprawy. Wystarczy czytać, czytać, czytać, żeby klocki same wskoczyły na swoje miejsce.

Fakt 5: wiersz współczesny to twój wiersz

Jako mieszkaniec świata współczesnego jesteś naturalnie predestynowany do czytania i rozumienia współczesnych wierszy. To są utwory, które piszą ludzie tacy sami jak Ty – wstają rano, piją kawę, mają smartfony, pracują gdzieś w korpo, w wolnych chwilach oglądają Grę o tron i narzekają na PiS, a potem idą na imprezę i wrzucają zdjęcia na Instagrama. Przebywają w podobnym do Twojego środowisku, mają podobne do Twoich problemy, mówią tym samym językiem. Też się martwią, jak dożyć do pierwszego i też zaśmiewają się z kotków w internecie.

Tymczasem poeci dawni żyli w innych czasach i mieli inne kłopoty. Dlatego dziś czytamy tylko te ich wiersze, które dotyczyły rzeczy uniwersalnych, takich jak miłość czy nostalgia. Dlatego potrzebujemy w ich wierszach przypisów, adnotacji i objaśnień. Gwarantuję, że Twoje wnuki też będą potrzebować przypisu, żeby zrozumieć tę frazę z Tomka Bąka:

Po zamknięciu wszystkich kart incognito
wyświetlane na nich strony nie pozostawią żadnych śladów
w historii przeglądarki, magazynie plików cookie ani
historii wyszukiwania.

Ty, czytelniku, nie potrzebujesz przypisu. Dlaczego? Bo, tak samo jak Tomasz Bąk, używasz, albo przynajmniej używałeś kiedyś Google Chrome. Korzystaj z tego.

W następnym wpisie z cyklu przeczytamy jakiś wiersz i zobaczymy, co uda się z niego zrozumieć. Bądźcie na bieżąco!

Hanna Janczak – „Lekki chłód”

Wydawnictwo Igloo, 2015

Lekki chłód, wydany przez początkujące wydawnictwo Igloo (którego inicjatywa-matka to Towarzystwo Aktywnej Komunikacji), jest najlepszym dowodem na istotność warstwy graficznej wydawnictwa poetyckiego – gdyby nie to, że jest bardzo ładną książką, w życiu bym zapewne po niego nie sięgnął. A sięgnąłem i w gruncie rzeczy nie żałuję.

Janczak debiutuje tomikiem bardzo dobrze wpisujący się w najnowsze tendencje i mody literackie – kobiecym, zaangażowanym, ale bez przesady, utrzymującym się zdecydowanie bardziej w rejestrach lirycznych niż agitacyjnych. Zbawienny balans jest niewątpliwym plusem tej lektury. Niestety, nie wszędzie jest różowo.

Wady tomu objawiają się przede wszystkim w
sięganiu tu i ówdzie po zużyte poetyki, które „nie grają”. W niektórych wierszach, z których część dostępna jest również na niezawodnym Helikopterze, autorka uderza w czułostkowy liryzm spod znaku uwspółcześnionej Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, co może i potrafi wzruszyć, ale zwykle powoduje jednak ziewnięcia. Czasem Janczak wykonuje niezgrabny i niezdecydowany ruch ręką w stronę minimalizmu, co kończy się narodzinami bardzo mało znaczących potworków, takich jak ten:

pudło

wstydziłem się mówić usiadłem w kącie
i płakałem chciałem być sam
ale wszyscy podchodzili do mnie

ale teraz już wiem już wiem
jutro ty przyjdziesz otworzysz usta
i powiesz za mnie

Oczywiście, to nie ze względu na złe wiersze zwróciłem uwagę na tę książkę. Wprost przeciwnie, bo są w Lekkim chłodzie miejsca, w których robi się bardzo ciekawie, a są to te rejony, gdzie autorka sięga po pierwsze po tematykę społeczną, a po drugie kobiecą. Janczak bardzo skutecznie wykorzystuje perspektywę kobiety-matki, aby zauważyć pewne zjawiska, które zazwyczaj zauważane nie są, ustawić się w pozycjach, w których mało kto na rynku poetyckim stoi. Jeden z najlepszych wierszy w tomie to utwór poślizg, opowiadający o archetypicznej już postaci rubasznego wujka, ale w taki sposób, że po zakończeniu lektury nie wiadomo właściwie co ze sobą zrobić, niezależnie od tego, po jakiej stronie politycznej barykady się stoi.

Jednak tym, co mnie najbardziej urzekło, są bardzo ciekawe erotyki, stanowiące statystycznie całkiem pokaźną część książki. Jest to gatunek czy konwencja we współczesnej liryce, niestety, wymierająca, a przynajmniej ukryta, bo sam charakter poezji erotycznej wyklucza jej całkowitą ekstynkcję. Nie zmienia to faktu, że jest ich bardzo mało, a jeśli są, to zazwyczaj złe; Janczak tymczasem proponuje nam świetne podejście do tematu, oparte zazwyczaj na jednej dosłownej metaforze, obudowanej całą serią lirycznych obrazów, doskonale dyktujących tonację, w jakiej należy odczytać główny chwyt. A ponieważ wszystko to podane jest z perspektywy kobiety dojrzałej i świadomej swojej seksualności, efekt jest naprawdę bardzo dobry:

kiedy

Pytam bo jestem już lekko rozleniwiona ale ciągle wilgotna
i twarda jak woda. Przyszłość się otwiera papieros zwisa
jak złamana kończyna i tracę głowę od czytania że życie wchodzi
w fazę schyłkową. Stąd planuję serię szybkich wypraw po bezdrożach.
Jeśli wejdziesz możesz zostać. W drodze na koniec mam nawet apteczkę
i pusty słoik po ogórkach na ostatni łyk powietrza. A jakby się nie dało
zsynchronizować języków wykopię głęboki dół i schowam w nim oczy
żeby umiały wyrosnąć ze środka i wszerz grudkowatych ściegów dżdżownic
kiedy wychodzisz ze mnie i pozostajesz w środku.

Gościnnie. A Zając, P. Kasperowicz


Niniejszy wpis początkuje serię wpisów gościnnych na moim blogu, w których – od czasu do czasu – ktoś inny zabierze głos na jakiś temat. Dziś – będzie to Antoni Zając, który napisał miażdżący onewierszstand do wiersza Piotra Kasperowicza, pochodzącego z zestawu dostępnego na Helikopterze. Miłej lektury!

Upusty wykwintności w koniugacji

Dobre wychowanie codziennie lekko uchyla drzwi chamstwu
małe upusty wykwintności dla grubiaństwa czynią spore odstępstwa
a ono to chamstwo plugastwo następstwo nieścisłość
rzuca w koniugacji czy konsekwencji poluzowania monstrualne cienie
szyk klasyczny staje się szokiem na wskroś pospolitym
a gust płacze na jedno oko nad lirycznym romansem sprzed wieku
co zasłabł w gorsecie w rytmie hip-hopu czy w toalecie
płytszy oddech jak brzmienie na wierzchu wewnętrznej mądrości
głębia intelektu zagłuszona potężnie donośnym basem
zmysł samozachowawczy zaleca cierpienie w domowej homeopatii.

 

Wiersz Piotra Kasperowicza jest nieznośny na pierwszy, drugi, trzeci rzut oka. Jest nieznośny już od samego tytułu, który, szczególnie wtedy gdy głośno go przeczytać, wywołuje gęsią skórkę i zapowiada prawdziwie „doniosłe” doświadczenie lekturowe. Niełatwo zaufać któremukolwiek z pompatycznych słów składających się na ten tytuł; później zaś – w miarę koniugacji tej wykwintności w dalszym ciągu utworu – językowy upust (obecny tu, jak przypuszczam, w znaczeniu tyleż handlowym, co afektywnym) dany niepokojom targającym autora jest jeszcze mniej atrakcyjny dla osoby czytającej.

W zgrzytliwym i rozpadającym się tekście Kasperowicza napotykamy na przytłaczającą wizję, w której „potęga smaku” okazuje się nie aż tak potężna – opuszcza ona swoją gardę i wpuszcza niszczycielski ferment we własne szeregi. Potwór kultury popularnej zagląda z bezczelną ciekawością do wieży z kości słoniowej; z jej wnętrza coraz donośniej słychać basowe dudnienie nowoczesności. Ten odgłos zwiastuje śmierć szyku i narodziny szokującej banalności czy też banalności szoku.

Niestety, refleksja twórcy jest równie banalna, bez względu na wykwintność sztafażu, w którym jest przemycana. Jest ona zaklęta w tekście, który wydaje się upiorną powtórką z upiornego wiersza Herberta zatytułowanego „Pan Cogito o muzyce pop”.

Być może jednak można znaleźć w wierszu Kasperowicza coś intrygującego, nieoczywistego? Może tak, ale w tym celu trzeba byłoby rozegrać ten utwór przeciwko niemu samemu – ocalić go poprzez dostawienie cudzysłowu, który pozwoli zauważyć, że w każdej homeopatii (szczególnie w domowej homeopatii konserwatysty) znajduje się dawka trucizny. Jest wtedy szansa na to, że nieprzepuszczalna powłoka pęknie, a delikatne uchylenie drzwi będzie nie tyle aktem gościnności wobec monstrum, co raczej otwarciem okna i przewietrzeniem pokoju, by zacytować tu napisany niemal trzydzieści lat temu słynny wiersz pewnego poety-barbarzyńcy.


Antoni Zając – student polonistyki w ramach MISH-u na Uniwersytecie Warszawskim.
Publikował w internetowej wersji czasopisma „Kontakt”, „Małym Formacie” i „Polisemii”. Obecnie pracuje nad tekstem poświęconym twórczości Leo Lipskiego i Piotra Rawicza. Interesuje się poezją najnowszą, a także związkami między teologią, filozofią i literaturą.

Pięć książek poetyckich idealnych na kiepski prezent

Jeżeli naprawdę zamierzasz kupić komuś na gwiazdkę książkę z wierszami, to oznacza, że albo jesteś psychopatycznym fanem liryki z poczuciem misji, albo masz w rodzinie kogoś, kogo nie lubisz – polecam rozważyć ten pomysł i zdecydować się na skuter wodny, ewentualnie nowego Xboxa. Jeśli jednak się uwziąłeś i/lub któreś z powyższych jest prawdą, względnie nie chcesz stracić dwóch kafli na konsolę, przygotowałem krótki wybór.

1. Marcin Sendecki – W
prezent na gwiazdkę
Biuro Literackie, 2015

Umówmy się – nie znajdziecie lepszego tomu wierszy na prezent. Po pierwsze, jest szansa, że obdarowany faktycznie przeczyta chociaż kilka utworów, ponieważ większość z nich nie ma nawet dwóch wersów. Po drugie, recenzja książki ukazała się (z rocznym opóźnieniem, ale nie bądźmy małostkowi) w Gazecie Wyborczej, więc istnieje niewielkie, ale jednak, prawdopodobieństwo, że ktoś skojarzy nazwisko i nie pomyli go z Wielkim Inkwizytorem Eugeniuszem Sendeckim. Po trzecie, W jest doskonałym pretekstem do burzliwej dyskusji na temat tego, że współczesna poezja to nie poezja i czemu to się nie rymuje, przecież ja też bym takie napisał.

2. Szczepan kopyt – wypisy dla klas pracujących
prezent na gwiazdkę
WBPiCAK, 2017

Koniecznie dla osoby ze skrzywieniem prawicowym, najlepiej bratu-korwiniście albo wujkowi-przedsiębiorcy, bo dawanie Kopyta wyborcy Razem jest trochę jak wyważanie drzwi obrotowych. Przy odrobinie szczęścia osiągniesz sążnisty flamewar przy wigilii, a jeśli naprawdę ci się pofarci, to nie tylko zyskasz nowego marksistę w rodzinie, ale w dodatku dostarczysz światu dowodu na zasadność istnienia liryki zaangażowanej.

3. Roman honet – ciche psy
prezent na gwiazdkę
Biuro Literackie, 2017

Ta książka powinna powędrować do tej jednej osoby w rodzinie, która uwielbia święta i chodzi po domu w swetrze z reniferami i czapce Mikołaja. I cały czas podśpiewuje Last Christmas. Po lekturze kilku pierwszych wierszy z cichych psów zrozumie, że nie ma czegoś takiego, jak szczęście, że istnieje tylko miłość i śmierć, obydwie są siłami nieokiełznanymi i równie niszczycielskimi, a smutek to bieg krwi. Resztę świąt spędzi płacząc w łóżku, a ty będziesz mógł spokojnie słuchać nowego Organka zamiast Wham!.

 

 

4. Jakobe Mansztajn – Studium przypadku
prezent na gwiazdkę
WBPiCAK, 2014

Można spokojnie założyć, że Mansztajn już nic nie wyda w przerwach od robienia nieśmiesznego programu w telewizji, więc będziesz mógł sprzedać młodszej siostrze czy wrażliwej cioci smutną historię poety, który pisał piękne wiersze, ale zmarł bardzo młodo i już nic nie stworzy. Będzie wzruszająco i familijnie, zrobisz wrażenie, a zapewne nikt się nie zorientuje, że mylisz go z Pułką.

 

 

5. Adam Zagajewski – Wiersze wybrane
prezent na gwiazdkę
Wydawnictwo a5, 2010

Absolutna klasyka, w każdym tego słowa znaczeniu. Przyda się, kiedy autor dostanie Nobla, a w międzyczasie będzie się pięknie prezentować na półce między Pismem Świętym a Encyklopedią.

 

 

 

 

 

Jeśli macie inne propozycje, jaka książka poetycka zepsuje (albo i naprawi) komuś święta, bardzo chętnie je poznam!

Wielkie zmiany, małe zmianki

Po grubo ponad roku działalności i dokładnie sześćdziesięciu siedmiu wpisach „Porozmawiajmy o poezji” dotarło do granicy, poza którą wykroczyć nie mogło – czego oczywistym dla nas, autorów, dowodem, jest fakt, że nie aktualizowaliśmy bloga od czterech miesięcy.  Przyczyny takiego stanu rzeczy są równie prozaiczne, co prawdziwe: pochłonęło nas życie, inne projekty, a zwłaszcza kwartalnik „KONTENT”, w którym wszyscy maczamy palce.

W związku z tym planowaliśmy zakończenie działalności. Ponieważ jednak dotarły do nas liczne (i bardzo miłe) głosy zatroskania losem bloga, zdecydowaliśmy inaczej, wierząc, że mimo niszowości i specyficznej formuły „Porozmawiajmy…” zajęło jakieś skromne miejsce na mapie światka literackiego. Dlatego bloga – w formie nieco odświeżonej – przejmie Marcin, który gotowy jest kontynuować dzieło. Fanów pisania Weroniki i Mikołaja uspokajamy – od czasu do czasu będą pojawiać się we wpisach gościnnych!

Razem z tą ogromną zmianą idą zmiany mniejsze, chociaż nie mniej ważne. Blog otrzymał nową, minimalistyczną szatę graficzną, jak również nową, skróconą nazwę (z czym nosiliśmy się od wieków), która wydaje się nam o wiele mniej infantylna. Liczymy, że nie zawiedziemy tymi decyzjami zaufania czytelników i nadal będą chętnie tu zaglądać.

Pod domeną o-poezji.pl znajdziecie od dzisiaj nowego bloga; stary, razem z archiwum jego wpisów, będzie dostępny pod linkiem w menu z lewej strony, a także na swojej oryginalnej domenie o-poezji.blogspot.com

Książka ze skrzynki – „Późny_debiut” Radosława Sączka

Ilustracja z okładki. Późny_debiut, Warszawa 2017 / źródło: lodz.carpediem.cd

Od czasu do czasu ludzie przysyłają mi książki. Czasem są to koledzy i koleżanki, czasem – wydawnictwa, a czasem osoby najzupełniej prywatne i bliżej mi nieznane. Ta ostatnia kategoria występuje zresztą najliczniej. Większość uzyskanych tą drogą książek czytam i odkładam na półkę, ponieważ przeważnie są to tomy złe. Źle napisane, źle wydane i zwykle  niewarte uwagi. Tym cenniejsze są miłe niespodzianki.

Późny_debiut Radosława Sączka okazał się tomikiem bardzo kłopotliwym w pierwszym, jeszcze przedlekturowym odbiorze. Primo, otrzymałem książkę w kopercie podpisanej wprawdzie jako „KONTENT”, ale za to na mój domowy adres, który nie mam pojęcia skąd się wziął w eterze. Secundo, po rozpakowaniu koperty moim oczom ukazała się naprawdę przyzwoicie wydana książka, z bardzo dobrą okładką i niezłymi ilustracjami (autorstwa Justyna Parfianowicza) w środku. Tertio, krótkie śledztwo wykazało, że odpowiedzialna za to wydanie fundacja („DLA KONTRASTU”) zasadniczo zajmuje się muzyką, a wydawnictwo („Doświadczenia z perspektywą”) to jakaś zupełna efemeryda, odnajdywalna tylko w KRSie. Rozpisuję się o tym po to tylko, żebyście złapali klimat jakiejś nierealności i oderwania od sceny literackiej, który otacza tę książeczkę.

Nie ma mowy tutaj o grafomanii, co notorycznie zdarza się w wypadku tomów wydawanych w selfach (albo efemerydach). Zresztą – biogram na tylnej okładce wskazuje, że autor nie jest jakimś przypadkowym gościem z ulicy, tylko gdzieś już publikował, chociaż to jeszcze o niczym nie świadczy. Tom składa się z dwóch części – zatytułowanych Wiersze do biur oraz Chory rozsądek, które stanowią osobne całostki i – jak wynika z posłowia Macieja Płazy – obydwie nominowane były do Bieriezina. Mnie zainteresowała zwłaszcza ta pierwsza.

Wiersze do biur podejmują tematykę stosunkowo nową, ponieważ praca w korpo i związany z nią lifestyle pojawia się w literaturze – jak dotąd – epizodycznie. A wyszło to tym ciekawiej, że zamiast nową tematykę wtłaczać w nowe formy, Sączek, jakby na złość performatywnej poetyce Tomka Bąka, pisze o korporacji z perspektywy podmiotu zgoła niedzisiejszego – romantycznego, przepełnionego wiarą w etos poetycki, nie upatrującego w korpolajfie świadectwa upadku cywilizacji czy pretekstu do solidnego wkurwu, ale wręcz przeciwnie – okazji do refleksji i parafilozoficznej zadumy:

Albo gdyby móc nie widzieć wzorów, liter, cyfr, kolorów,
można byłoby pomyśleć, że coś jest za światłem
i wyświetla się dla niej. Że ona wypatruje źródła, a może i widzi.

(Portret przed monitorem)

Tworzy to dosyć wybuchową i zaskakująco (używam tego słowa z pełną świadomością: zaskakująco) udaną mieszankę: otrzymujemy bowiem romantyczny podmiot, który ujmuje w języku korporacyjnym refleksję egzystencjalną, zamykając to wszystko w klasycznej już dzisiaj konstrukcji wiersza. W efekcie cały tom kipi zarówno od ciężkiej, cywilizacyjnej rozkminy, jak i równie lekkiej ironii, dystansującej podmiot od samego siebie i podstawiającej w jego miejsce samego czytelnika, zupełnie jakby do korpo trafił Kaczmarski z gitarą, a nie Sączek. I nawet (a może zwłaszcza) tam, gdzie autor decyduje się jednak zrezygnować z maski sentymentalnego poety i rąbnąć zwykłym konceptem, wychodzi to świetnie:

Zadzwonił z urlopu, powiedział:
Pierwszy raz w życiu sięgnąłem po szczęście.
Że życie było coś warte
i generalnie było po coś.
Jestem pijany, naćpany,  z kobitą,
w przepięknym miejscu,
kurwa, na werandzie.

To ja to sobie wpisałem
do rożka w wykresie kołowym.

(Szczęście)

Jak wykazał pobieżny zwiad w Google, Późnego_debiutu nie da się w zasadzie nigdzie dostać – i nic dziwnego, skoro dystrybuuje go fundacja muzyczna i efemeryczne wydawnictwo z firmą-matką „Billboard Baggins”. Gdyby jednak jakimś niepojętym cudem wpadła wam ta książka w ręce, nie wahajcie się za długo, bo cuda nie zdarzają się dwa razy.

Onewierszstand; Honet, „litość, ptak z betonu”

litość, ptak z betonu

im głębiej śpię, tym biją mnie
mocniej, plują w twarz, kopią
w głowę – ta kotwica z neuronów,
skręconego deszczu, kobiety –
nie zdarzyły się nigdy,
ale – pozostały. albo
je przyciągnęły liny holownicze,
albo je litość stawia
przed oczami sama. inaczej:
noc nie wybiera snów, tak w drewnie,
jak i w ziemi, a litość, ten ptak, chociaż z betonu,
wie, że śpiewać musi.
i tak to idzie:

nigdzie, czyli tu,
nic – nowy początek.

Nową książkę Romana Honeta uważam za książkę rewelacyjną i nawet dałem temu wyraz na piśmie. Wierszy, które zasługują na pochylenie się i osobną analizę jest w niej multum – a co jeden, to trudniejszy i stawiający większy opór czytelnikowi. Utwór wieńczący książkę, przytaczany powyżej, jest jednym z tych, które urzekły mnie najsilniej.

Ciche psy – Biuro Literackie 2017

„głowa – kotwica z neuronów”. Który melancholik albo migrenik nie zna uczucia, że najlepiej byłoby poddać się bezwzględnej kapitulacji w stosunku do swojego mózgu, najlepiej kapitulacji poprzez dekapitację? Gdy o trzeciej w nocy sen nie tylko nie przychodzi, ale oddala się jeszcze bardziej przez obsesyjne myśli i kompulsywne bóle, poczucie bezsilności sięga zenitu (albo dna).

„kobiety – nie zdarzyły się nigdy,/ ale – pozostały. […] albo je litość stawia/ przed oczami sama.” – Jaki mężczyzna nigdy nie wspominał kobiet, które w życiu spotkał, nie upatrywał w nich, jak Cioran, jakiejś ucieczki od nieznośności wszystkiego, nie szukał wytchnienia w widmie kobiety wyobrażonej, wymarzonej i nieodnalezionej, albo odnalezionej i utraconej? Inaczej: noc nie wybiera snów, bo snów w nocy nie ma, są tylko wspomnienia. I wtedy litość, nad samym sobą, oczywiście, bo nad kim innym się litować w pustym, bezsennym pokoju, wie, że śpiewać musi:

„nigdzie, czyli tu,/ nic – nowy początek”, kolejna przestrzeń nieoznaczoności, w której obserwowany zmienia stan przez niewykrywalnego obserwującego, kolejny czas, kolejna noc nieprzespana.