Opened/closed. O „Drugiej ręce” Bonowicza i „Kordzie” Malek

Omówienie książek nominowanych do Szymborskiej 2018 – siłą rzeczy, w związku z formułą bloga – pobieżne, przyszło mi rozpocząć od tych dwóch tomów, które w zestawionej piątce uważam za najsłabsze. Mi samemu wydało się to o tyle ciekawe, że są to zbiory nadające na kompletnie różnych częstotliwościach, ba, zaryzykowałbym nawet tezę, że ustawione w przeciwległych kątach pokoju z poezją. Mowa o Drugiej ręce Wojciecha Bonowicza oraz Kordzie Natalii Malek.

Bonowicz, co stwierdzam z pewną dozą ambiwalentnych odczuć, co prawda porusza się do przodu na osi X swojej twórczości, ale za to robi to w doprawdy żółwim tempie. Jeśli chodzi o formę, dostajemy dokładnie to samo, co wydanych 5 lat temu i również nominowanych do Szymborskiej Echach – utrzymane w tonie refleksyjnym obrazy, wieńczone czasami efekciarską pointą. Co jakiś czas zdarzają się też kilkuwersowe migawki w stylu późnego Krynickiego, jednak pozbawione obezwładniającej precyzji nowofalowego poety, a jedna z nich w tym kontekście brzmi dosyć sardonicznie:

Nie potrzebuję

Naprawdę nie potrzebuję

nowych nazw
na stare rzeczy.

Ale wcale nie powtarzalność poetyki, która potrafi być przecież zaletą, stanowi o książce Bonowicza. Ewolucja jego poezji obejmuje przede wszystkim sposób realizacji pewnego postulatu, którego – abstrahując od hajpu na bekę z Zagajewskiego – nie da się ująć inaczej, niż „poszukiwaniem blasku”. Podmiot Bonowicza patrzy na zwyczajny świat i szuka w nim niezwyczajności, próbuje nadpisać codzienność metafizycznym sensem, a w tym tomie staje się to prawie jego obsesją.

Co jeszcze umiem

Wywiesiłem na noc pranie. Co za głupota!
Zamiast zrobić pranie o świcie pozwalam mu
wciągnąć resztę wilgoci jaka została z dnia.
Jest po deszczu. Krótkim i gwałtownym.
Z chodników i jezdni szybko wyparowało
to co spadło. Uczę się żyć sam. W domu
pełnym ludzi to nie takie trudne.

Wydawnictwo a5, 2017

Uważny czytelnik prawdopodobnie domyśli się z powyższego akapitu i ilustrującego go tekstu, jaki będzie mój główny zarzut w stosunku do poety. Otóż to: to jest wtórne, a gdybym chciał być złośliwy, to dodałbym jeszcze: nudne. Mimo to nie chcę się wyzłośliwiać, bo książka Bonowicza budzi we mnie jakąś nutę sentymentalizmu, tęsknoty za czasami zapoczątkowanymi przez Williamsa, kiedy poezja mogła sobie mówić o czerwonych taczkach albo wieszaniu prania, usiłować zbliżać się do rzeczy i nie musiała mieć podbudowy teoretycznej z nauk politycznych ani ontologii. W tym sensie jest to tomik – co mi tam, użyję tego protekcjonalnego słowa – uroczy. Ale aby przebić się przez wrzawę dojrzałych projektów poetyckich, rozbrzmiewających coraz głośniej w kolejnych miastach Polski, Bonowicz musiałby coś jednak ze sobą zrobić: zaprząc do kieratu nowe poetyckie zabawki, uatrakcyjnić jakoś to odwieczne poszukiwanie metafizycznego sensu. Niestety, nie robi tego. I w efekcie otrzymujemy Drugą rękę, która kojarzy mi się z piosenkami Spice Girls: stanowi guilty pleasure, która nudzi się po kilku przesłuchaniach.

Z Kordem sytuacja jest prawie dokładnie odwrotna. Pierwsza lektura tej książeczki powinna być każdorazowo pointowana confused math lady memesem. Tom jest spójny i konsekwentny, a jednak trudno mi powiedzieć o nim coś konkretnego, co nie będzie brzmiało jak wyimek z Derridy, ponieważ sensy w nim rozmywają się w nieskończoność i nie udało mi się otworzyć ich żadnym wytrychem. Między innymi w tym właśnie, jak mi się zdaje, upatruje jakości Kordu Dawid Kujawa, o czym pisze w swojej fikuśnej recenzji w „Małym Formacie”: „[wiersz] nie wymusza na czytelniczce, aby nadążała za eksperymentem (przez co zwykle zupełnie gubi tok wypowiedzi i pozostaje względem wiersza wyalienowana, nawet jeśli ów wiersz ceni), za to łokciami rozpycha się wewnątrz nawyków lekturowych, poszerzając tym samym pasmo odbioru, jakie ma do dyspozycji.”

Trudno mi się pod tym zapożyczonym zdaniem nie podpisać, z tym, że ja – ceniąc, owszem, inwencję i nowatorstwo takiego rozwiązania, uważam je za przeraźliwie i (mówiąc wprost) przesadnie hermetyczne, ponieważ chcąc nie chcąc dąży do niezrozumiałości tekstu i konieczności postrzegania poezji przez pryzmat rozbudowanego aparatu krytyczno-naukowego humanistyki. To z kolei prowadzi do postępującej elitaryzacji wiersza, czego nie uważam za szczęśliwą i dobrą drogę dla literatury.

Co zrobić, gdy milczy liberalna inteligencja?

Rozstawić nogi na szerokość bioder.
Lekko zgiąć.
Ręce wyprostować przed siebie – niech tworzą belę materiału, jaśniejszą dechę pirsu.

Powtórzyć:

wwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwJestem wolna jak żararaka.
wwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwJestem groźna jak córka żararaki.
wwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwJeszcze nikt mnie tak nie pożądał.

WBPiCAK, 2017

U Malek wszystko jest wyjątkowe. Zestawienia obrazów, dobór leksyki, konstrukcja wiersza, nawet budowa książki, bo na prośbę autorki WBPiCAK zmienił fonty, papier i pozycję wierszy (są wyrównane do dolnego marginesu). W efekcie otrzymujemy książkę bardzo ciekawą dla krytyków i specjalistów, ale, jak mi się zdaje, zbyt zamkniętą dla osób mniej wgryzionych w analizy spod znaku Lacana i Marksa. Podkreślam raz jeszcze: nie uważam tego za immanentną wadę książki, natomiast w moim osobistym odczuciu taka taktyka sprawia, że tom staje się po prostu zbyt abstrakcyjny.

 

Awokado bar

W awokado barze wiedzą, co to ciągłość. Pakują
w kartony:

duo, trio, wianuszek, czyli nimb. Wszystko, co mają, zawdzięczają rodzinie
jaskrów.

Spotykają się tam czasem i proszą o więcej – ziół i ziaren – facet w parmalatce,
facet z diastemą i Milena, która nie zajmuje stron.

Jest jedna rzecz, która mogłaby w takiej sytuacji Malek uratować: a mianowicie frazowanie w ten sposób, aby przy jednoczesnym rozmyciu sensów kreować język poetycki zachwycający estetyką, wkręcający się jak śrubka w proces odbioru, każący czytać dalej mimo hermetyzmu, tak jak robił to na przykład „środkowy” Siwczyk. Niestety, być może minimalistyczna metaforyka Kordu trafia do innych – do mnie niespecjalnie.

Gdyby ktoś poprosił mnie o skomentowanie decyzję jury (jakkolwiek nie ma to większego sensu), powiedziałbym, że nominacja dla Malek jest jednak mniej zaskakująca, niż ta dla Bonowicza. W tym pierwszym wypadku mamy do czynienia bowiem z ambitnym eksperymentem artystycznym, który powinno się i należy wyróżniać, tak jak to cierpliwie tłumaczył w latach 70. Karol Estreicher, tymczasem Bonowicz trafił, zdaje się, trochę do nie swojej bajki. Już w nominacjach do Nike mu lepiej.

Za egzemplarze książek bardzo dziękuję Fundacji Wisławy Szymborskiej.

„Każdy nasz wybór jest skandaliczny”. Rozmowa z Bernhardem Hartmannem

Zanim weźmiemy się za nominowane do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej książki, warto zerknąć za kulisy. W tym celu przygotowałem rozmowę z Bernhardem Hartmannem, członkiem kapituły nagrody, tłumaczem literatury polskiej na język niemiecki, autorem przekładów m. in. Tadeusza Różewicza, Julii Hartwig, Adama Zagajewskiego, Tomasza Różyckiego, laureatem nagrody im. Karla Dedeciusa. Dowiecie się z niej, jak to jest być w jury największej nagrody literackiej w Polsce, czemu w kapitule są głównie obcokrajowcy, o co chodzi z tym seksizmem i dlaczego zawsze się kogoś krzywdzi. Miłej lektury!

Marcin Świątkowski: W wywiadzie, którego udzielił Pan dla Instytutu Goethego w 2010 roku można wyczytać, że karierę tłumacza rozpoczął Pan od wierszy Tadeusza Różewicza. Mnie ciekawi jednak co innego: skąd ten polski? Dlaczego akurat ten język, ta literatura Pana pochłonęła?

Bernhard Hartmann: Wszystko zaczęło się od wymiany szkolnej. W 1989 r., jeszcze przed przełomem, pojechaliśmy na dwa tygodnie do Jeleniej Góry, odwiedziliśmy Wrocław, Kraków i Auschwitz. Miałem wtedy 16 lat, mieszkałem na zachodnioniemieckiej prowincji, i ten wyjazd był dla mnie wielkim przeżyciem. Po maturze na uczelni zapisałem się na kurs języka polskiego, potem studiowałem polonistykę. Można by powiedzieć, że moja przygoda z Polską zaczęła się od młodzieńczej fascynacji, z której rodziło się intelektualne zainteresowanie. Swoją rolę odegrały też euforia tego niesamowitego roku 1989 oraz – ale to już nieco później – chęć przybliżenia rodakom tego raczej nieznanego kraju za Odrą. Bo w latach dziewięćdziesiątych dla wielu ludzi, zwłaszcza na zachodzie Niemiec, obraz Polski był dość stereotypowy.

M.Ś.: A czemu zaczął Pan od poezji? W obiegowej opinii to o wiele trudniejsze, niż tłumaczenie prozy, więc logiczniejszym wydałoby się zacząć od tej drugiej.

B.H.: Od Tadeusza Różewicza dostałem kiedyś wydruk niepublikowanego jeszcze wiersza. Kolega namawiał mnie, żebym go tłumaczył. I tak się zaczęło. Pracowałem wtedy jeszcze na uniwersytecie, na tłumaczenie powieści nie starczyłoby czasu, poezję czy eseje mogłem tłumaczyć po pracy. Poza tym z prozą było tak, że zajmowało się nią już paru starszych i bardzo dobrych tłumaczy, więc trudno byłoby się przebić. Początkowo tłumaczyłem więc wiersze i eseje, przede wszystkim do czasopism. Ale pomijając te czynniki jakby praktyczne, to nie wiem, czy można tak prosto powiedzieć, że tłumaczenie poezji jest trudniejsze od tłumaczenia prozy. To chyba kwestia zdolności, upodobań, może osobowości literackiej. W prozie na przykład często męczy mnie rozważanie różnych opcji co do szyku czy rytmu zdań, bo bywa ich wiele, podczas gdy w wierszu sprawa jest bardziej klarowna: taka ilość sylab, takie metrum, taki rym. Nie mówiąc już o wytrwałości i cierpliwości, które potrzebne są do tłumaczenia grubej powieści.

Fot. Kuba Ociepa, nagrodaszymborskiej.pl

M.Ś: A w jakich okolicznościach trafił Pan do Kapituły Nagrody im. Wisławy Szymborskiej?

B.H.: Zaproszono mnie do udziału za poleceniem Renate Schmidgall, wielce zasłużonej tłumaczki literatury polskiej na język niemiecki, która przede mną pełniła funkcję jurora. Wiedziałem, że Renate w czasie swojego urzędowania odkryła paru fajnych poetów dla siebie, więc uważałem, że trudno o lepszą szansę do zapoznania się z najnowszą polską poezją. Kusząca oczywiście była też perspektywa regularnych pobytów w Krakowie, spotkań z kolegami i poetami, żywego kontaktu z tym, co się dzieje w Polsce. Zainteresowała mnie także możliwość autopsyjnego wglądu w dziedzinę życia literackiego, którą dotąd znałem tylko z zewnątrz i do której miałem dość ambiwalentny stosunek.

M.Ś: A na czym polegała ta ambiwalencja? I czy ma Pan wskutek tego doświadczenia jakieś refleksje na temat polskiego życia literackiego? Taki głos z zewnątrz wydaje mi się bardzo ciekawy!

B.H.: Ambiwalencja polegała na tym, że z jednej strony nagrody budzą zainteresowanie, promują literaturę i mogą zachęcić ludzi do tego, by kupić i przeczytać książki nie tylko nominowanych, lecz także tych, których nazwisk pojawiają się w dyskusjach towarzyszących określonym wydarzeniom. To pod różnymi względami można uważać za plus. Z drugiej strony, by wymienić tylko jedną rzecz, wprowadzają do życia literackiego element niepotrzebnej, szkodliwej konkurencji, zarówno wśród piszących jak i między organizatorami nagród. Jak zaczyna się mówić i myśleć w kategoriach „najlepszej książki” czy „najbardziej prestiżowej nagrody”, to literatura zamienia się sport, tylko że w literaturze nie ma narzędzi do obiektywnego ustalenia, jakie osiągniecie jest najlepszym.

M.Ś: Bycie jurorem takiej nagrody oczywiście zaszczyt, ale też spora presja. Szymborska jest aktualnie największą i najważniejszą nagrodą poetycką w Polsce, budzi mnóstwo emocji w środowisku. Jak sobie Pan z tym radzi?

B.H: Nie odczuwam presji. To może komfort obcokrajowca, który po dokonanej pracy wraca do siebie, gdzie mało kogo się interesuje nagrodą Szymborskiej. Po zgłoszeniu nominacjach czy wręczeniu nagrody śledzę komentarzy w prasie czy w Internecie, bo jestem ciekaw, jakie są opinie, jakie argumenty za czy przeciw naszym decyzjom. Bo w moim rozumieniu nasze nominacje są propozycjami, które mają zachęcić do czytania i dyskusji. Kto w końcu dostaje nagrodę, to kwestia raczej drugorzędna – w każdym roku jest więcej niż jeden tom, które zasłużyłyby na nagrodę.

M.Ś: Drugorzędna, a jednak, abstrahując od kwestii prestiżu, sto tysięcy złotych to w polskich kręgach kulturalnych ogromne pieniądze, które nagrodzonemu poecie pozwalają spokojnie pracować przez długi czas, co jest – nie oszukujmy się – luksusem. I chyba dlatego werdykt zawsze budzi takie emocje. Kiedy w grę wchodzi taka kwota, łatwo poczuć się skrzywdzonym…

B.H: Tak, i chyba ma się do tego pełne prawo. Na tle różnorodności książek, z których mamy do czynienia, każdy nasz wybór da się zakwestionować, więc każdy też może mieć do nas pretensje, z czwórką nienagrodzonych nominowanych na czele. Rozumiem też, kiedy na przykład któryś z nominowanych nie przyjeżdża na galę wręczenia. Bo o ile bardzo fajne są te wszystkie spotkania z nominowanymi, to na gali trochę nieprzyzwoicie wykorzysta się ich do tworzenia spektaklu, w którym już mniej chodzi o świętowanie dobrych poetów i poetek czy poezji w ogóle, lecz o budowanie pozycji nagrody w konkurencji z innymi nagrodami. Tomasz Różycki kiedyś opowiadał mnie o nagrodzie amerykańskiej czy kanadyjskiej, do której był nominowany – tam głównym elementem uroczystości były czytania i spotkania z poetami, samą nagrodę natomiast potem wręczono w bardzo kameralnej atmosferze. Bardzo mi się ten model spodobał.

M.Ś: To chyba też piekielna robota? Jak udaje się Panu czytać te setki książek, które spływają rokrocznie do Fundacji?

B.H: Oczywiście nie można przeczytać wszystkich tomików od początku do końca. Jak przychodzi paczka z Fundacji, najpierw czytam parę wierszy z każdego tomiku, by poznać głos poety czy poetki. Na tej podstawie dokonuję pierwszy, intuicyjny wybór tomików, które potem czytam dokładniej.

M.Ś: Z jednej strony to całkowicie zrozumiałe i naturalne – bo taka jest po prostu praktyka czytelnicza, nie tylko wśród jurorów nagród, ale z drugiej, wydaje się jednak trochę krzywdzące… Jestem, szczerze mówiąc, pełny podziwu, bo ja na Pana miejscu chyba panicznie bałbym się ominięcia czegoś, przegapienia jakiegoś poetyckiego objawienia – nie ma Pan czasem takiego poczucia?

B.H: No, poza laureatem na którymś etapie wszystkich się krzywdzi. I jak się czyta Moje nagrody Thomasa Bernharda, to można dojść do wniosku, że w końcu laureata też… To jest nieuniknione w tej grze. Ale wiem oczywiście, że – tak samo jak ograniczony jest czas, który mam na czytanie przesłanych przez Fundację książek – moja perspektywa jest ograniczona, uwarunkowana wieloma czynnikami, i że zwłaszcza na tym pierwszym etapie istnieje pewne niebezpieczeństwo przegapienia czegoś dobrego, wartościowego. Pod tym względem uspokajające jest to, że w kapitule jest nas siedmiu. Czyli jeśli ja czegoś nie zauważam, istnieje dość duże prawdopodobieństwo, że koleżanka czy kolega zwraca na to uwagę.

M.Ś: W stosunku do Nagrody często pojawia się zarzut, że w Kapitule jest jedynie dwoje polskich native speakerów, a reszta z Państwa to tłumacze. Chyba nikt nigdy nie doprecyzował, dlaczego miałoby to właściwie być złe rozwiązanie, ale jak Pan sądzi, jakie są jego wady, a jakie – zalety?

B.H: Skład kapituły wynika chyba z tego, że Nagroda Szymborskiej pomyślana jest jako międzynarodowa. Na takim tle wydaje się sensowne, że i kapituła jest międzynarodowa. Ale mimo to składa się z osób dość dobrze orientujących się w polskim życiu literackim, nie tylko jako tłumacze, lecz także jako poloniści czy menadżerzy kultury. Co nas – obcokrajowców – odróżnia od polskich kolegów, to chyba to, że nie tkwimy tak głęboko w tym, co Pan wcześniej nazwał środowiskiem. I oczywiście patrzymy na polską poezję czy literaturę w ogóle z perspektywy tego, co dla naszej kultury może być interesujące, jakie teksty mogłyby się sprawdzić w tłumaczeniu. Nie wiem, czy to raczej zaleta, czy wada – to chyba zależy od punktu widzenia.

M.Ś: Chciałbym się tutaj odwołać do głośnego i ciekawego tekstu Zwiędłe laury instytucji Anny Kałuży, opublikowanego w „Małym Formacie”, w którym krytykuje system nagród literackich. Pisze tam ona, że międzynarodowość Waszej Kapituły to fikcja, która przesłania „zależność od trwałych historycznie norm estetycznych”. Jak Pan uważa, czy to spostrzeżenie jest trafne? Czy uwarunkowania kulturowe w nas rzeczywiście są tak silne, i czy tak trudne jest wyłamanie się z nich?

B.H: Wszyscy chyba jesteśmy zależni od takich norm. Bo rodzimy i kształcimy się w kontekście konkretnej kultury z konkretnymi tradycjami, do których się odnosimy. A mimo to Przyboś pisał inaczej niż Mickiewicz, Benn inaczej niż Goethe. Czyli jest ewolucja w poezji i jest ewolucja w odbiorze, bo nauczyliśmy się cenić i Przybosia i Benna, Różewicza i Celana. Natomiast fikcyjność albo może lepiej ograniczoność „międzynarodowości” naszej kapituły polega raczej na czymś innym – jak mówiłem, większość z nas bowiem jednak mocno związana jest z polską kulturą. Poprzez swoją pracę o wiele intensywniej zajmuję się polską literaturą niż niemiecką. Czyli do pewnego stopnia mój punkt widzenia też jest „wewnętrzny”. Ale jednak jako Niemiec polską poezję czytam przez pryzmat swojej niemieckości, co oznacza, że pewne wątki bardziej mniej interesują niż inne, że brakuje mi wiedzy, by rozpoznać czy docenić pewne rzeczy, ale także, że mogę doczytać się czegoś, co wymyka się uwadze polskich czytelników. Jako tłumacz oczywiście zadaję sobie pytanie, co mogłoby zainteresować niemieckich czytelników. Więc jest też perspektywa „zewnętrzna”, tym bardziej, że cudzoziemcy w kapitule reprezentują dość rożne obszary kulturowe.

M.Ś: Skoro już jesteśmy przy zarzutach… W zeszłym roku, po ogłoszeniu nominacji, gdy okazało się, że wyróżnieni zostali jedynie mężczyźni, rozpętało się środowiskowe piekło. Nie szczędzono Państwu cierpkich słów, oskarżano o seksizm i utknięcie w patriarchicznym modelu poezji. Z kolei w tym roku nominowane są aż cztery poetki i tylko jeden poeta. Wiele osób zdaje się sądzić, że zeszłoroczna krytyka odniosła skutek. Co Pan o tym sądzi?

B.H: Myślę, że tu częściowo wrzuca się dwie różne sprawy do jednego worka. Jedna sprawa, to pozycja poetek w środowisku czy na rynku literackim, druga to ocena konkretnych tomów poetyckich. Moim zdaniem sugerowanie, że między jednym a drugim istnieje jakiś bezpośredni, może nawet przyczynowy związek, jest tak samo naiwne czy mylące jak stwierdzenie, że żadnego związku nie ma. Na takiej podstawie też trudno wejść w rozmowę – bo jakże miałbym udowodnić, że nie jestem seksistą albo że interesuje mnie nie płeć poety/poetki, lecz to, czy jego/jej poezja jest dobra? Przy tym nie ukrywam, że cieszy mnie fakt, że tym roku w naszej piątce znalazły się cztery poetki. Bo i w zeszłym roku były „żeńskie” tomy, które na pewno zasłużyłyby na nominację. Na niektóre z nich zwrócili uwagę redaktorzy „Małego Formatu” w tekście Babskie wiersze. Ten głos zresztą także dlatego jest ważny, bo uświadamia, że ustalenie listy pięciu „najlepszych” tomów poetyckich danego roku, nie mówiąc o wyborze „najlepszego“ tomu, jest sprawą w dużej mierze umowną i niesprawiedliwą, bo zazwyczaj jest więcej pozycji godnych uznania i nagrodzenia. W tym sensie każdy nasz wybór jest skandaliczny.

M.Ś: I znów powraca tutaj przywołany wyżej tekst Anny Kałuży, w którym zwraca uwagę, że nie chodzi jedynie, a nawet w ogóle o wykluczenie kobiet, ale przede wszystkim głosów z „offu”, o powtarzanie tych samych nazwisk, tradycyjnych poetyk. Bo też faktycznie, rzadko do Szymborskiej nominowani są poeci „kontrowersyjni”, nigdy też nie nominowano żadnego debiutu.

B.H: No tak, rewolucyjną komórką nie jesteśmy. Fakt, że książka musi zdobyć cztery głosy z siedmiu, bo jak mówi regulamin, kapituła „podejmuje decyzje […] w formie uchwał, zwykłą większością głosów”, zmusza nas do szukania kompromisów. Zatem pewna mainstreamowość wynika już z samej konstrukcji nagrody. Mimo to nie do końca zgodziłbym się z tezą, że powtarzają się wciąż te same nazwiska i poetyki, przynajmniej nie te z pokolenia „bruLionu”, o których mówi Anna Kałuża. Przynajmniej dla mnie choćby Jakub Kornhauser czy Joanna Roszak (2016), Tomasz Bąk (2017), albo Natalia Malek czy Ilona Witkowska nie były takimi przewidywalnymi wyborami.

M.Ś: Chciałbym poświęcić parę chwil tym nominacjom. Co zadecydowało o tym, że akurat te, a nie inne książki zostały wyróżnione?

B.H: Proszę zrozumieć, że nie chciałbym tu uzasadniać naszej decyzji, bo to wewnętrzne sprawy objęte wg. regulaminu „zasadą zachowania w tajemnicy”. To na tym etapie chyba dotyczy także mojej osobistej opinii na temat pojedynczych tomów. Odpowiadam więc raczej formalnie, znów zwracając uwagę na przewidywany mechanizm dokonania wyborów: Zadecydowało to, że w danym momencie mniejsza lub większa większość jurorów zagłosowała za nominowanymi tomami.

M.Ś: Oczywiście! A zdradzi Pan, kto jest Pana faworytem?

B.H: Nie, bo nie mam, mimo że w piątce są książki, do których na razie mam cieplejszy stosunek niż do innych. Ale po nominacjach wszystko zaczyna się od nowa, bo teraz czyta i porównuje się już tylko tę piątkę tomików, co może doprowadzić do zupełnie nowych wrażeń i ocen. Więc sam jestem ciekaw wyników tej ponownej lektury.

M.Ś: Co z książkami, które nie weszły do ostatniego etapu? W przewidywaniach wymieniano Honeta, Sosnowskiego, Jarniewicza… Które książki było najtrudniej odrzucić, oczywiście Panu osobiście?

B.H: W zeszłym roku odkryciem dla mnie był Matecznik Małgorzaty Lebdy, w tym roku byłem pod wrażeniem książek Joanny Roszak (Przyszli niedokonani) i Jarosława Mikołajewskiego (Listy do przyjaciółki). U Roszak fascynuje mi rozwój jej poezji, w której element lingwistyczny coraz bardziej łączy się z opowiadaniem o świecie i zaangażowaniem. A Mikołajewski chyba powrócił do poetyki wcześniejszych tomów, z których sporo wierszy tłumaczyłem na niemiecki. Mógłbym kontynuować tę listę, i gdyby Pan jeszcze zapytał innych jurorek i jurorów, to pewnie usłyszałby Pan kolejne nazwiska, z których można by składać równie dobrą piątkę co aktualna.

Typografia i poezja

Fundacja Karpowicza, 2017

Jestem bardzo wrażliwy na to, jak książka jest wydana. Tymczasem wydawnictwa poetyckie w Polsce mają pewne problemy z dbaniem o oprawę graficzną i edytorską swoich książek. Króluje chyba podejście, że skoro nikt tego nie kupuje, to równie dobrze można olać sprawę, ale abstrahując już od walorów artystycznych, traci na tym również marketing. Umówmy się – sporej części nowych tomów wierszy przeciętny człowiek nie weźmie do ręki, jeśli nie kojarzy nazwiska autora. Najlepiej, oczywiście, wypadają giganci: WBPiCAK oraz Biuro Literackie.

Żeby daleko nie szukać, okładki Piotra Zdanowicza, pracującego dla WBPiCAKu, są zazwyczaj trafione w punkt, albo przynajmniej nie rażą. W dodatku widać, że wydawnictwo to stara się coś robić z oprawą swoich książek, szuka różnych formatów, układów, zindywidualizowanych dla danego dzieła. Niestety, gorzej jest z warstwą typograficzną – powtarzają się te same fonty w tych samych, sprawdzonych połączeniach, wariacji w zasadzie brak. Nieco gorzej, ale i tak przyzwoicie robi to Biuro Literackie, w którym za grafikę często odpowiada sam Artur Burszta (co bywa ryzykowne, por. słynna, okropna okładka do wierszy Pułki), a za skład – różne osoby, często poeci. Mniejsza jednak o wpadki okładkowe – kłopot w tym, że każda ich książka jest prawie taka sama. W podobnym albo tym samym formacie, na tym samym papierze, a przede wszystkim wiecznie, wiecznie tym samym fontem, niezależnie od treści i zawartości tomu. Nuda.

Mniejsze wydawnictwa to w ogóle często jest horrendum – wszystko wydane bez ładu i składu, w formatach wyjętych z koszmaru drukarza, zazwyczaj nieporęcznych, z typografią wołającą o pomstę do nieba itd. Widywałem książki, w których numer strony był podany drukiem o dziesięć-dwanaście stopni większym niż wszystko inne, albo takie, gdzie między wierszami nie było przerw poza znakiem gwiazdki, najwyraźniej żeby zaoszczędzić miejsce. Wiem, co zaraz padnie: porządne opracowanie książki to pieniądze, ceny wzrastają i dlatego właśnie książki BL i WBPiCAKu kosztują horrendalne 30-35 zł.

 

A niedawno dostałem do ręki Psalmy Julii Fiedorczuk, wydane przez Fundację na Rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, za których wygląd odpowiadał w całości Artur Skowroński (zaprojektował też Cichy chłód Hanny Janczak, również chwalony przeze mnie za estetykę wydania). Już samo powierzenie roboty w całości Skowrońskiemu jest godne pochwały, ponieważ tom zaprojektowany od początku do końca (skład, ilustracje, okładka) przez jednego grafika zawsze będzie bardziej zwarty i konsekwentny od tego, nad którym pracują niezależnie od siebie trzy osoby.

 

Książka jest przepiękna. Gustowna, minimalistyczna okładka wydrukowana jest na fakturowanym papierze, który w innych wypadkach zapewne wypadłby słabo, ale tutaj pasuje doskonale. Znajdziemy w niej serię porządnych, równie minimalistycznych ilustracji, a raczej interludiów graficznych, opartych na motywach roślinnych, pięknie zgranych z treścią tomu (nawiasem, jestem prawie pewien, że są oparte na jakimś darmowym wektorze albo brushu z Photoshopa, co tylko dowodzi, że da się zrobić coś z niczego). Wszystko w miękkich, pastelowych kolorach.

This slideshow requires JavaScript.

Nie dość, że książka ma ciekawy, niestandardowy format, to jeszcze charakteryzuje się świetną typografią – zarówno na okładce, jak i w środku. Ładnie połączony font szeryfowy w wierszach i bezszeryfowy w tytułach tworzą spójną, estetyczną całość. Ani nie wchodzą sobie w paradę, ani się nie zlewają. Skowroński oszczędnie operuje boldem i kursywą, do wyróżnień używając raczej kolorów (jak choćby na stronie redakcyjnej). Do książki dołączona jest płyta z muzyką, również świetnie wydrukowana. Można się czepić tylko tego, że całość jest słabo klejona, co każe mi obawiać się o jej trwałość.

Do czego dążę? Dostajemy do ręki świetnie wydaną książkę, z piękną grafiką i okładką, wydaną na jakościowym papierze, z bardzo dobrą typografią, a w dodatku z płytą CD. Wiecie, jaka jest cena okładkowa? 15 zł.

Piętnaście złotych polskich.

Da się? Da się.

A jakby tego było mało, to same wiersze też są rewelacyjne.

Nagroda szymborskiej 2018 – moje typy

Tak jakoś głupio wyszło, że Ziemia krąży wokół Słońca, a w dodatku się obraca i jakby tego było mało, jest jeszcze nachylona względem płaszczyzny ekliptyki. W efekcie w kółko dzieje się na niej mniej-więcej to samo w regularnych odstępach. Prawa astrofizyki są nieubłagane i siłą rzeczy oddziałują na istotki zamieszkujące planetę, które chcąc-nie chcąc muszą uwzględniać cykliczny charakter ruchu Ziemi w swojej kulturze. Efekt? Jak co roku od pięciu lat, w czerwcu zostanie przyznana Nagroda Poetycka im. Wisławy Szymborskiej.

Skłamałbym, oczywiście, gdybym powiedział, że przeczytałem wszystkie 80 książek, które zostały zakwalifikowane do drugiego etapu nagrody. Myślę jednak, że przeczytałem ich wystarczająco dużo, aby tkwiąca we mnie żyłka hazardu drgnęła i pozwoliła mi wytypować parę tomów, które w moim mniemaniu zostaną (a raczej powinny zostać) nominowane. Typowanie rozstrzygnie się w czasie konferencji prasowej 19 kwietnia. Czyli jutro. Tymczasem – do rzeczy.

1 – Roman Honet – ciche psy

Biuro Literackie

Nowa książka krakowskiego poety jest rewelacyjna i stanowi błyskotliwy punkt zwrotny w jego twórczości, realizując nowy paradygmat poznawczy bez zniszczenia tego, co u Honeta najbardziej pociągające, czyli obrazowej, surrealistycznej poetyki. Tak się jednak składa, że Honet dostał już Szymborską za Świat był mój. Nie powinna to być żadna przeszkoda, ale spójrzmy prawdzie w oczy: jest. Dlatego to typ mocno ryzykowny.

2 – Maciej Woźniak – Obywatelstwo podwójnego kraju

WBPiCAK

Obywatelstwo… nie jest najlepszą książką Woźniaka, bo – jak mi się zdaje – tytułu nadal broni Ucieczka z Elei. Nie zmienia to faktu, że tom jest bardzo dobry, świetnie pokazuje, że strategie klasycystyczne wcale nie muszą być nudne ani niedzisiejsze, a Woźniak od bardzo dawna, jak to się ładnie mówi, „robi robotę”, nadążając wartko za współczesnością, co zresztą świetnie pokazuje również w swoich tekstach na Dwutygodniku.

3 – Julia Fiedorczuk – Psalmy

Fundacja Karpowicza

Bezprecedensowy w ostatnich czasach wypadek książki poetyckiej, która przy pewnej dozie powściągliwego klasycyzmu i dążności do operowania na fundamentaliach, ani na sekundę nie wpada w patos, wielkosłowność i płaczliwy ton. Jednocześnie nie sięga również do przepastnego wora ironii, autoironii czy postironii. Jest to liryka w najlepszym tego słowa znaczeniu, refleksyjna, nowoczesna, operująca konkretem w równej mierze, co abstrakcją; a przy okazji absolutnie przepięknie wydana.

4 – Ilona Witkowska – Lucyfer zwycięża

Ha!Art

Nie było jeszcze w Polsce tak dobrej książki utrzymanej tak ściśle w nurcie poezji zaangażowanej – i nawet jeśli Witkowska nominacji w końcu nie otrzyma, to nie wierzę, że umknie uwadze kapituły. Minimalistyczna precyzja połączona z rozsądnym wkurwem nikomu nie może umknąć.

5 – Andrzej Sosnowski – Trawers

Biuro Literackie

Nie oszukujmy się, prawie w każdej edycji nagrody nominowany jest jakiś szacowny nestor polskiej poezji. W tym roku może to być Sosnowski, Lipska, Kierc, Jarniewicz albo Kronhold (ale on był nominowany w zeszłym roku za absurdalnie zły Skok w dal) – z tej piątki wybieram Sosnowskiego, bo może i jego książka niewiele zmienia w kontekście reszty twórczości, ale za to jest bardzo dobra.

 

 

LISTA REZERWOWA

No dobra, ale ciekawsze rzeczy dzieją się chyba tam, gdzie nominacji raczej nie przewiduję, a fajnie by było, gdyby się pojawiły.

  • Robert Rybicki – Dar Meneli (BL). Rybie za tę książkę należy się jakaś nagroda jak psu buda, niestety, autor jest tak trudny, że nikt o zdrowych zmysłach go nie nominuje. Ale kiedyś napisze coś tak dobrego, że nawet to nie będzie miało znaczenia i dostanie. I jeszcze nam pokaże.
  • Maciej Topolski – na koniec idą (Dom Literatury w Łodzi). Bardzo trudna, ale świetna liryka filozoficzna, w którą trzeba się solidnie wgryźć, o czym boleśnie się przekonałem, pisząc niezbyt przychylną minirecenzję, tylko po to, żeby później pośpiesznie odwoływać to co napisałem. Niestety – debiut. Szanse znikome.
  • Darek Foks – Kronsztad (WBPiCAK). Konsekwentna, mikromalistyczna poetyka Foksa (o wiele ciekawsza niż u Sendeckiego), rozwijana od parunastu lat, naprawdę zasługuje w końcu na porządne wyróżnienie – ale Foks ma po prostu mega pecha do nagród i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić.
  • Agata Jabłońska – Raport wojenny (WBPiCAK). Moim zdaniem książka równie dobra co Witkowskiej, utrzymana w bardziej uniwersalnym rejestrze niż Lucyfer zwycięża, ale o wiele mniej efektowna – dlatego może przepaść. Zwłaszcza, że to również debiut.
  • Kacper Bartczak – Pokarm suweren (BL). Bardzo ciekawy przykład poezji… dziwnej poezji. Zdecydowanie zbyt hermetyczny.

Oczywiście cały ten wpis nie ma większego sensu. Kapituła Szymborskiej wielokrotnie udowodniła swoją całkowitą nieprzewidywalność, co zresztą ma swój głęboki sens. Nie wspominając o tym, że składa się w 80% z osób nie obcujących na co dzień z polską sceną literacką, wolna jest więc od wpływu plotek, recenzji i blurbów – w przeciwieństwie do nas. Jak będzie, przekonamy się jutro. A jakie są wasze typy?

Damian Dawid Nowak – Inaczej niż w lustrze

FONT 2018, fot. facebook.com

Kiedy dostaję od autora książkę złą, zazwyczaj ograniczam się do przemilczenia tego faktu na blogu, wychodząc z założenia, że już sam ten fakt stanowi pewną formę komentarza. Ostatnio jednak doszedłem do wniosku, że jeśli ktoś decyduje się wysłać mi swój tomik, to najwyraźniej liczy się z ewentualnością, że zostanie on źle odebrany. Dlatego też zdecydowałem się – mimo wątpliwości – napisać parę słów o  Inaczej niż w lustrze Damiana Dawida Nowaka, książce, która w klasyczny sposób łączy dwa elementy zazwyczaj idące w parze,  to znaczy całkowitą nieświadomość warsztatu poetyckiego z irytującym pustosłowiem.

Jak dowiadujemy się z blurba (a zaczynam być ich koneserem), napisanego nota bene przez Łucję Dudzińską, czyli redaktorkę serii, w której książka została wydana, „Autor mówi o sobie, że, […] w tym tomie wierszy chce się pozbyć >>emocjonalnych toksyn z organizmu<<”. Jest to, niestety, prawda. Emocjonalna toksyna jest zdecydowanie dominantą stylistyczną książki, a Nowak pozbywa się jej bez najmniejszej żenady, zalewając czytelnika swoimi prywatnymi przemyśleniami na tematy „odpowiednie” dla poezji, jak np. przemijanie albo śmierć.

Pozbywanie się toksyny polega głównie na narracyjnym, pseudoherbertowskim (nawiasem, jeden z wierszy obdarzony został wdzięcznym tytułem dlaczego Herbert) prowadzeniu sytuacji lirycznej w ten sposób, aby nie pozostawiała czytelnikowi nawet najmniejszej luki, w którą mógłby się wśliznąć ze swoją wrażliwością.

Autor tak dalece dba o krystaliczną zrozumiałość swojej „nasyconej filozoficznym podejściem myśli” (znów blurb), że do wierszy dodaje przypisy. Jeden wyjaśnia na przykład, że „wic w gwarze śląskiej oznacza żart”, a drugi wprowadza czytelnika w sytuację osobistą Nowaka. Nie robi to zresztą większej różnicy, ponieważ prawie wszystkie utwory wieńczą bezwzględnie odbierające wszelką nadzieję na elastyczność interpretacji pointy, na przykład takie: „dopiero kiedy z własnego wyboru/ straci się wszystko – jest się człowiekiem”.

Kiedy znajduje się we współczesnej poezji tak nieznośnie patetyczną frazę, natychmiast włącza się w głowie czerwona syrena alarmowa z napisem IRONIA. Niestety, proszę państwa, fałszywy alarm, nic się nie stało, proszę wracać do łóżek: ironia w Inaczej niż w lustrze pojawia się tylko tam, gdzie autor pomstuje na chorą cywilizację, w której przyszło mu żyć, na przykład w ten sposób:

jak wyginiemy

według tego algorytmu rodzą się dzieci
według drugiego umierają i wic w tym
żeby pierwszy działał sprawniej
kiedy zabraknie cyfrowych dusz
z naczynia rozleje się strumień kodu
nie zostanie nam ani jedna czysta strona
ani jeden znak nie będzie świadectwem
istnienia sieci a wszystkie banki pamięci
staną się zimnymi nagrobkami
przestrogą dla nikogo przed utratą siebie
na rzecz profilu pełnego iskier

Jak widać, nawet tam, gdzie pojawia się odrobina sarkazmu, zostaje on natychmiast zdławiony przez tsunami patosu. Nic w tym dziwnego, ponieważ jest to poezja tak skrajnie skoncentrowana na podmiocie, jak rzadko się zdarza; całe rekwizytorium, wszystkie narzędzia poetyki i gramatyka (bo nawet tam, gdzie pojawiają się jacyś inni bohaterowie, zawsze wszystko wraca do 1. Os. L. p.) podporządkowane są przedstawieniu jego nieszczęsnej udręki i przemyśleń z gatunku ambitnych (rodzaj wzniosłe, rząd poetyckie, gromada nudne).

No dobra, ale czego właściwie dowiadujemy się o tym podmiocie? Jest, oczywiście, wrażliwy, poszukuje sensu życia, cierpi z powodu straty, próbuje utopić ją w alkoholu i imprezach, ale nie daje mu to spełnienia, mimo że, oczywiście, jest donżuanem, pracuje gdzieś w korpo i to go wypala, a w wolnych chwilach ubolewa nad straconym czasem i zaprzepaszczonymi okazjami. Jeżeli ten portret wam nic nie mówi, to podpowiadam: mowa o zwykłym trzydziestolatku z Warszawy. I jest to kadr owszem, precyzyjny, ale pochodzący z najgłębszych otchłani ego, a więc po pierwsze, równie ordynarny, co jego bohater, a po drugie – skłamany.

O ile podmiotocentryczność czasem potrafi być zaletą, jak choćby u Łukasza Jarosza, tutaj razi jak stuwatowa żarówa w ciemnej piwnicy niewiele znaczących sformułowań. Bo też mało w tym tomie da się znaleźć fraz, które oznaczają coś konkretnego, coś, co łączy się w jakikolwiek sposób z rzeczywistością i nie odsyła do abstrakcyjnych rozważań podmiotu na tematy wszelakie.

Pomijam już młodopolskie koszmarki w stylu „masz oczy które spijają pustkę/ i plączesz się w niedopowiedzeniach”, czy frazy wyjęte żywcem z piosenek Bajmu („nie wiedziałem że widzę cię ostatni raz”) – cała książka wypełniona jest rekwizytami, które w zasadzie nie posiadają jakiegokolwiek znaczenia denotatywnego, z rodzaju „prawdy”, „wiary”, „straty”, „bieli”. A najlepszym przykładem (chociaż na szczęście statystycznie dosyć rzadkim) będzie tutaj chyba bóg, bóg w najgorszym wydaniu, wyjęty nie z porządku sakralnego, ani nawet prywatnego, ale wpakowany w sztywną ramę kategorii absolutnej i oznaczający poetyckie „wszystko”, metaforycznego blanka, którego można wsadzić gdziekolwiek, bo i tak będzie pasował.

Kolejną rzeczą, którą według blurba „mówi o sobie autor”, jest to, że „świadomie operuje słowem, dobiera środki wyrazu”. Jeśli w istocie tak jest, a przecież nie mogę tego wykluczyć, to nie potrafię niestety zrozumieć, dlaczego Nowak świadomie skazuje się na rolę kiepskiego epigona klasyków, zamykając swoje nieciekawe refleksje w banalnej, narracyjnej poetyce, trącącej w dodatku – jak już wspominałem – niemiłosiernym patosem, zamiast ratować je formalną sprawnością? Zagadka. Nowakowa taktyka poetycka to migawkowe zestawianie ze sobą pretensjonalnych obrazów, z których wynika niewiele poza pewnym wglądem w zapatrywania estetyczne autora. Prawdopodobnie stąd zresztą irytująca maniera pointowania wszystkiego wprost: inaczej nie składałoby się w to w żadną sensowną całość i w tym sensie jest to zabieg całkiem funkcjonalny.

Koniec końców najgorsze w tym wszystkim jest to, że nawet ta niezbyt miłosierna krytyka trąci  przesadą, ponieważ Inaczej niż w lustrze jest najzwyczajniej na świecie nijakie, nudne, pozbawione polotu, naznaczone tak silnie osobą autora, że całkowicie wyjęte z dyskursu czytelniczego – chociaż nie wątpię, że zainteresuje bliskich Nowaka, którzy pewnie chcą wiedzieć, co mu w duszy gra. I nawet tam, gdzie pojawia się jakaś ciekawa fraza, zazwyczaj otwierająca, zostaje zabita ze szczególnym okrucieństwem już kilkoma następnymi wersami:

my niewyspani

nie orgazm a sen to mała śmierć
dlatego unikamy łóżka w tym celu
czy jesteś w stanie poznać
(może po stawianych krzywo
literach może po przekrwieniu)
który z nas i ile już nie śpi?
czatujemy w obawie że nas ominie
coś może sens tego nie wiem
wpatrujemy się w okna palcami
spacery na drugą część globu
w drogę powrotną listem do kogo
największy strach niewyspanych
to że na końcu nikt nie czeka
z kocem i ciepłym kakaem
(ten sens jednak nie jest ważny)

Wiersz Tomasza Bąka, którego nie przeczytacie gdzie indziej

 

The Classical

Radkowi Jurczakowi

Zaprószenie ognia eksplozją kineskopu,
ostatni pomruk maszyny eksplozywnej
jak młody Larry Nance; eksplozywna mimika
eksplozywnego despoty raptem chwilę przed.

Zerwijmy z dyktatem urzędów statystycznych, powiedzmy:
na świecie żyje tylko dwanaście osób,
reszta to kopie zapasowe, ([ctrl] + [v])*6,
w Hotelu Amnezja zabrakło wolnych miejsc.

Zerwijmy z dyktatem urzędów statystycznych, mówię,
oddajmy głos tym, którym głowa pęka od cytozyny,
przeprowadźmy sondaż wśród botów puszczonych samopas,
eksplozywny pomruk maszyny niech będzie nowym porządkiem.

Nowym porządkiem, początkiem nieobarczonym
– bark w bark siłującym się z migoczącym kalafiorem pojęć
przez pomyłkę trafiającym w kropkę magazynu Amazona,
siedem gór, siedem mórz od terapii szokowej. Bo nie ma

racji kapitał, nie mają racji państwa, narody i miasta,
ma rację Autonomia Konińska w podziemiach dworca.
Ostatecznie, bicie jednogroszówek to tylko, bicie serca
to tylko przykłady, jak bardzo przemoc się nie opłaca.

 

Tak się składa, że ludzie miewają raz w roku urodziny. O dziwo, dotyczy to również poetów. W tym wypadku Radosława Jurczaka, na którego urodzinach miałem przyjemność być i przeczytać na nich rewelacyjny, dedykowany wiersz Tomasza Bąka, który szczęśliwie obydwaj zgodzili się udostępnić.

Poezja okolicznościowa ma bardzo długą tradycję. W antyku płodzono ją namiętnie, generując przy okazji dziesiątki dziwnych słów z rodzaju „epinikion” czy „epitalamium”, które zapełniają ¼ każdego słownika terminów literackich. Tradycja ta sięgnęła też gruntu rodzimego, dzięki czemu każdy student pierwszego roku polonistyki musi niemal na pamięć uczyć się wiersza o psychopatycznym arystokracie, którego mieszczanie zatłukli na śmierć.

Na szczęście gatunki ewoluują i to w formy, których człowiek sam czasem chciałby się nauczyć na pamięć. Wiersz Bąka jest świetny. Przypomina nam bezwzględnie, że wszyscy jesteśmy kopiujwklejkami, typami osobowości wg. coachów, o których świadczy tylko to, co robią, choć znajdują się w niezniszczalnych kratach tego, na co nie mają wpływu.

A „dlaczego classicals”? Na to pytanie niech każdy odpowie sobie sam.

 

Jaś Kapela – Modlitwy dla opornych

Ha!Art 2017, fot. ha.art.pl

Należę do tych nielicznych (jak mi się zdaje) osób, które Jasia Kapelę biorą śmiertelnie poważnie. Nawet Dobrego trolla, powieść, którą większość z moich znajomych skazała w przedbiegach na nieistnienie, przeczytałem uważnie i szczerze mówiąc nie bez przyjemności. Nie zraziła mnie również nigdy konsekwentna autokreacja autora, w której intuicyjnie wyczuwam więcej auto niż kreacji, a to budzi sympatię. Dlatego lekturę nowej „Czerwonej serii” Ha!Artu, redagowanej przez Maję Staśko, zacząłem właśnie od Modlitw dla opornych. I nie zawiodłem się.

Owszem, to książka na wskroś polityczna. Lewicowość autora i jego podmiotu, a raczej autora/podmiotu, bo w tym wypadku oddzielenie jednego od drugiego jest w zasadzie niewykonalne, przesyca tomik żywiołową aurą marksistowskich estrów. Warstwa ideowa tekstów jest krystalicznie czysta i rozwijana bez odrobiny wahania. Mimo to, trudno o Kapeli powiedzieć, że stanowi przykład fanatycznego, bezrefleksyjnego ideologa. Zachowany balans jest zaskakujący. Modlitwy dla opornych sięgają po garść aksjomatów, ustawiających autora w bardzo konkretnym miejscu między osiami X/Y pola politycznego – i dopiero w tym miejscu pojawiają się dylematy.

To jednoznaczne ustalenie własnej tożsamości, a następnie nieustanne poddawanie jej w wątpliwość i szpikowanie opisywanej rzeczywistości kwestiami problematycznymi staje się zaskakująco ożywcze i prowadzi do pięknej egzystencjalizacji wiersza. Jak można mówić o cierpieniu, będąc całkiem zamożnym gościem z pierwszego świata? Jak stać za ludem, kiedy się tego ludu boi i się nim trochę gardzi, a poza tym dawno już nie ma żadnego „ludu”? Czemu walczyć o planetę, skoro planeta jest już stracona? Po co mówić, skoro nikt nie słucha? A co, jeśli trzeba się będzie bić? To nie są pytania, które chętnie się słyszy na lewicy, zapewne dlatego, że zazwyczaj nie ma na nie odpowiedzi. Kapela również ich nie udziela, za to z uporem maniaka mnoży znaki zapytania.

Modlitwy dla opornych nie są „modlitwami dla tych, którzy się opierają idei”, jak sugerowałaby ideologiczna afiliacja autora i okoliczności wydania tomu. Są „modlitwami dla tych, którzy tkwią w oporze idei”, innymi słowy: dla tych, którzy są w stanie przyjąć stawiane przez Kapelę aksjomaty za swoje. Nikt tu nie puszcza oczka do liberałów, żeby się troszkę zlewicowali na zasadzie pośrodkowistycznego kompromisu rodem z Eurobusinessu („dam ci Bonn i dwa domki za Londyn i sto dolarów”), ani tym bardziej do prawicy, żeby spojrzała na lewicę ludzkim okiem. Oni w ogóle Kapeli nie interesują. Interesują go osoby już dawno przekonane, którym rzuca kości (tofu), żeby się zadławili i w procesie dekonstrukcji swoich przekonań – wytrwali w nich, nawet jeśli, tak jak autor, wiedzą, że nic nie wiedzą, nie licząc wiedzy, że świat jest okrutny i niesprawiedliwy. Dzięki doskonałemu targetowaniu hermetyzm książki działa tylko na jej korzyść, jakby na złość tym wariantom poezji zaangażowanej, która próbuje pozyskiwać nowych graczy na lewicy.

„To nie metafory./ To twarde fakty.”, czytamy w jednym z pierwszych wierszy z tomu – i nie bez powodu. Książka jest do bólu prosta. Nie znajdziemy w niej wysublimowanej metaforyki ośmielonej wyobraźni ani postrzępionych solilokwiów udręczonych podmiotów, wszystko jest podane na tacy, prostymi frazami, często równoważnikami zdań, bez żadnych upiększeń. To ogromna zaleta, bo właśnie w tej poetyce jeszcze lepiej wybrzmiewa krystaliczność tomu. Jednocześnie autor tu i ówdzie, jakby dając do zrozumienia, że potrafiłby inaczej, popisuje się językową sprawnością, szczególnie w ironicznych pastiszach z ostatniej części. Do moich faworytów należy Lament nad Kamilem Durczokiem, stylizowany absurdalnie na średniowieczną pieśń żałobną; jest zrobiony tak dobrze, że wkręca się jak hiphopowy beat z najlepszego okresu polskiego rapu. I chociaż czasami Kapela przesadza (rymowany parzyście Poemat o aborcji po prostu męczy), warsztatu mu nie brakuje.

Ostatecznie więc największą zaletą tej książki jest najzwyklejsza na świecie szczerość. Jaś Kapela nie kłamie, mówi prawdę, tak było, nie zmyśla. Nie ma tutaj żadnej fasady, ani tynku, ani nawet farby. Na gołych cegłach czarnym sprayem wypisane są te wiersze.

Po co jest cierpienie?

po co jest cierpienie?
nie wiem
myślę sobie że nigdy
nie byłem taki szczęśliwy
a jednocześnie tak świadom ogromu cierpienia
któremu nie potrafię zaradzić
powiesz mi że to obciach?
powiem ci że to fakt
na bestgore.com
oglądam jak panowie
obcinają głowy
innym panom
lub wysadzają innych panów
w powietrze
a po niebie fruwają ich flaki
i myślę sobie:
dobrze że nie moje
hehe
Obama – wspaniały człowiek
naprawdę chciałbym wiedzieć
jak znajduje w sobie siłę
żeby naciskać guzik
„bombarduj kolejny szpital w Aleppo”
i dalej się uśmiechać
wielka władza to wielka odpowiedzialność
nigdy nie byłem taki szczęśliwy
że nie moja

„Ja nie rozumiem”, cz. 1: Pięć faktów o poezji najnowszej

Krzysztof Jaworski ft. Bunkier Cafe

Nie zliczę, ile razy odkąd zajmuję się literaturą, słyszałem takie zdania: „ja nie rozumiem współczesnej poezji”; „współczesna poezja jest dla mnie za trudna”; „lubię dwudziestolecie, ale współczesnej poezji nie chwytam”, albo nawet: „zazdroszczę, też chciałbym rozumieć”. Wskutek przedziwnej tradycji, panującej w naszym kraju, poezja najnowsza jest mistyczna, niepojęta i przeznaczona tylko dla wąskiej sekty wtajemniczonych, którzy potrafią ją zrozumieć i zinterpretować.

Tego typu myślenie, które uważam za błędne, pokutuje od dawna w recepcji polskiej liryki, której czytelników, jak wiadomo, jest tysiąc stu trzydziestu czterech i ani jednego więcej. Właśnie przez takie przyzwyczajenia odbiorców tomy wierszy wydawane są w żenujących nakładach, które zwykle się nie sprzedają, a redaktorzy odkrywają, że najrzadziej w ich czasopismach czytane są kolumny poetyckie.

Walka z tym porządkiem jest walką z wiatrakami i wielu przede mną ją podejmowało, ale to nie jest żaden powód, żeby rezygnować. Dlatego otwieram cykl, którego pierwszą część właśnie czytacie, mający udowodnić nieprzekonanym czytelnikom, że owszem, mogą i potrafią zrozumieć poezję współczesną, ba, mało tego, że to może być fajne. Będzie się opierał głównie na lekturze konkretnych tekstów, ale najpierw należy ustalić garść faktów.

Fakt 1: nie można źle zrozumieć wiersza

Częstym lękiem, którym dzielili się ze mną wanna-be czytelnicy poezji, był ten, że źle zrozumieją wiersz. Że są za głupi, za mało oczytani albo za mało wrażliwi na dobre odczytanie czyjegoś dzieła. Tymczasem prawda jest taka, że wiersz może zostać źle (to znaczy niezgodnie z intencją autorską) zrozumiany, ale nie można go źle zrozumieć. Każdy rozumie poezję po swojemu. To kwestia całkowicie indywidualna. I jeśli odczytujesz jakąś frazę w sposób X, a twój kolega w sposób Y, to nie jest tak, że któreś z was się myli; przeciwnie, obydwaj interpretatorzy mają zapewne swoją rację. Nawet jeśli autor utworu uważa, że jego wiersz oznacza Y, to Twoje X wcale nie jest gorsze. I to jest właśnie w tym biznesie najlepsze i najciekawsze.

Fakt 2: wiersz jest dla ciebie

Najważniejszy w procesie odbioru jesteś Ty, czytelnik. Nie jesteś już w szkole i nie usadzono Cię przed przypadkowym tekstem Mickiewicza, żebyś go zanalizował i zinterpretował na ocenę; nie musisz się ani śpieszyć, ani starać, jeśli nie masz ochoty. Masz czerpać z lektury przyjemność, taką samą, jaką czerpiesz z dobrej powieści. A jeśli siedzisz, czytasz i za cholerę tego nie chwytasz, to nie znaczy, że jesteś za głupi; po prostu poeta ci nie siadł. Ja na przykład nie czytuję kryminałów, bo mnie nie bawią. Nie czyni mnie to gorszym od fanów Katarzyny Bondy; po prostu odkładam Bondę i sięgam po Sapkowskiego.

Oczywiście, wiersze rzadko są utworami rozrywkowymi, ale przecież czytanie poważnych książek też potrafi sprawiać przyjemność. I nie ma żadnego powodu, dla którego miałbyś się tej przyjemności bać, albo żebyś musiał czytać poezję, która ci się nie podoba. Nikt Ci nie każe.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym: to, że poeta dostał jakąś nagrodę, albo jest nazywany wybitnym, nie znaczy, że musisz go lubić i odwrotnie: jeśli o czyichś wierszach w ogóle nie słychać, nie znaczy to, że są złe.

Fakt 3: „wiersz nie jest cudem”

Ta używana w środowisku Ha!Artu fraza oznacza co innego, ale daje się świetnie zaadaptować do naszych potrzeb. „Wiersz nie jest cudem”, czyli nie stanowi dzieła natchnionego giganta, będącego tubą absolutu, na której Eufrozyna razem z resztą muz wygrywa wieczyste wersety. Wiersz to zwykły kawałek tekstu, taki sam jak artykuł w gazecie albo opowiadanie. Albo post na Facebooku. Ktoś – taki sam człowiek, jak ty – wpadł na pomysł, a potem wziął i napisał. Nie obcujesz z czymś wyższym, lepszym, fajniejszym, tylko ze zbiorem literek i z tego prostego powodu nie ma sensu go unikać ani się go bać.

Fakt 4: lektura wymaga wprawy

W tym jednym poezja faktycznie różni się od literatury popularnej: czasem wymaga odrobiny doświadczenia. Dlatego większość czytelników zaczyna od poezji romantycznej albo dwudziestolecia międzywojennego: dzięki o wiele prostszej formie i operowaniu łatwiejszymi metaforami, wydaje się bardziej przystępna. I bardzo dobrze, to dobry trening. Ale nie należy unikać poezji współczesnej dlatego, że na pierwszy rzut oka wydaje się niezrozumiała.

Dlaczego? Bo taka nie jest. Wiersze Honeta są może i bardziej skomplikowane, niż wiersze Tuwima, ale nie stają się przez to niezrozumiałe. Jest spora szansa, że za pierwszym razem nic się z Honeta nie zrozumie, tak samo jak dziecko, które sięgnie po Leśmiana. Ale wystarczy wrócić do niego trochę później, kiedy obezna się już ze sposobami współczesnego metaforyzowania, żeby stał się o wiele jaśniejszy.

I wcale nie trzeba sobie z tego zdawać sprawy. Wystarczy czytać, czytać, czytać, żeby klocki same wskoczyły na swoje miejsce.

Fakt 5: wiersz współczesny to twój wiersz

Jako mieszkaniec świata współczesnego jesteś naturalnie predestynowany do czytania i rozumienia współczesnych wierszy. To są utwory, które piszą ludzie tacy sami jak Ty – wstają rano, piją kawę, mają smartfony, pracują gdzieś w korpo, w wolnych chwilach oglądają Grę o tron i narzekają na PiS, a potem idą na imprezę i wrzucają zdjęcia na Instagrama. Przebywają w podobnym do Twojego środowisku, mają podobne do Twoich problemy, mówią tym samym językiem. Też się martwią, jak dożyć do pierwszego i też zaśmiewają się z kotków w internecie.

Tymczasem poeci dawni żyli w innych czasach i mieli inne kłopoty. Dlatego dziś czytamy tylko te ich wiersze, które dotyczyły rzeczy uniwersalnych, takich jak miłość czy nostalgia. Dlatego potrzebujemy w ich wierszach przypisów, adnotacji i objaśnień. Gwarantuję, że Twoje wnuki też będą potrzebować przypisu, żeby zrozumieć tę frazę z Tomka Bąka:

Po zamknięciu wszystkich kart incognito
wyświetlane na nich strony nie pozostawią żadnych śladów
w historii przeglądarki, magazynie plików cookie ani
historii wyszukiwania.

Ty, czytelniku, nie potrzebujesz przypisu. Dlaczego? Bo, tak samo jak Tomasz Bąk, używasz, albo przynajmniej używałeś kiedyś Google Chrome. Korzystaj z tego.

W następnym wpisie z cyklu przeczytamy jakiś wiersz i zobaczymy, co uda się z niego zrozumieć. Bądźcie na bieżąco!

Hanna Janczak – „Lekki chłód”

Wydawnictwo Igloo, 2015

Lekki chłód, wydany przez początkujące wydawnictwo Igloo (którego inicjatywa-matka to Towarzystwo Aktywnej Komunikacji), jest najlepszym dowodem na istotność warstwy graficznej wydawnictwa poetyckiego – gdyby nie to, że jest bardzo ładną książką, w życiu bym zapewne po niego nie sięgnął. A sięgnąłem i w gruncie rzeczy nie żałuję.

Janczak debiutuje tomikiem bardzo dobrze wpisujący się w najnowsze tendencje i mody literackie – kobiecym, zaangażowanym, ale bez przesady, utrzymującym się zdecydowanie bardziej w rejestrach lirycznych niż agitacyjnych. Zbawienny balans jest niewątpliwym plusem tej lektury. Niestety, nie wszędzie jest różowo.

Wady tomu objawiają się przede wszystkim w
sięganiu tu i ówdzie po zużyte poetyki, które „nie grają”. W niektórych wierszach, z których część dostępna jest również na niezawodnym Helikopterze, autorka uderza w czułostkowy liryzm spod znaku uwspółcześnionej Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, co może i potrafi wzruszyć, ale zwykle powoduje jednak ziewnięcia. Czasem Janczak wykonuje niezgrabny i niezdecydowany ruch ręką w stronę minimalizmu, co kończy się narodzinami bardzo mało znaczących potworków, takich jak ten:

pudło

wstydziłem się mówić usiadłem w kącie
i płakałem chciałem być sam
ale wszyscy podchodzili do mnie

ale teraz już wiem już wiem
jutro ty przyjdziesz otworzysz usta
i powiesz za mnie

Oczywiście, to nie ze względu na złe wiersze zwróciłem uwagę na tę książkę. Wprost przeciwnie, bo są w Lekkim chłodzie miejsca, w których robi się bardzo ciekawie, a są to te rejony, gdzie autorka sięga po pierwsze po tematykę społeczną, a po drugie kobiecą. Janczak bardzo skutecznie wykorzystuje perspektywę kobiety-matki, aby zauważyć pewne zjawiska, które zazwyczaj zauważane nie są, ustawić się w pozycjach, w których mało kto na rynku poetyckim stoi. Jeden z najlepszych wierszy w tomie to utwór poślizg, opowiadający o archetypicznej już postaci rubasznego wujka, ale w taki sposób, że po zakończeniu lektury nie wiadomo właściwie co ze sobą zrobić, niezależnie od tego, po jakiej stronie politycznej barykady się stoi.

Jednak tym, co mnie najbardziej urzekło, są bardzo ciekawe erotyki, stanowiące statystycznie całkiem pokaźną część książki. Jest to gatunek czy konwencja we współczesnej liryce, niestety, wymierająca, a przynajmniej ukryta, bo sam charakter poezji erotycznej wyklucza jej całkowitą ekstynkcję. Nie zmienia to faktu, że jest ich bardzo mało, a jeśli są, to zazwyczaj złe; Janczak tymczasem proponuje nam świetne podejście do tematu, oparte zazwyczaj na jednej dosłownej metaforze, obudowanej całą serią lirycznych obrazów, doskonale dyktujących tonację, w jakiej należy odczytać główny chwyt. A ponieważ wszystko to podane jest z perspektywy kobiety dojrzałej i świadomej swojej seksualności, efekt jest naprawdę bardzo dobry:

kiedy

Pytam bo jestem już lekko rozleniwiona ale ciągle wilgotna
i twarda jak woda. Przyszłość się otwiera papieros zwisa
jak złamana kończyna i tracę głowę od czytania że życie wchodzi
w fazę schyłkową. Stąd planuję serię szybkich wypraw po bezdrożach.
Jeśli wejdziesz możesz zostać. W drodze na koniec mam nawet apteczkę
i pusty słoik po ogórkach na ostatni łyk powietrza. A jakby się nie dało
zsynchronizować języków wykopię głęboki dół i schowam w nim oczy
żeby umiały wyrosnąć ze środka i wszerz grudkowatych ściegów dżdżownic
kiedy wychodzisz ze mnie i pozostajesz w środku.

Gościnnie. A Zając, P. Kasperowicz


Niniejszy wpis początkuje serię wpisów gościnnych na moim blogu, w których – od czasu do czasu – ktoś inny zabierze głos na jakiś temat. Dziś – będzie to Antoni Zając, który napisał miażdżący onewierszstand do wiersza Piotra Kasperowicza, pochodzącego z zestawu dostępnego na Helikopterze. Miłej lektury!

Upusty wykwintności w koniugacji

Dobre wychowanie codziennie lekko uchyla drzwi chamstwu
małe upusty wykwintności dla grubiaństwa czynią spore odstępstwa
a ono to chamstwo plugastwo następstwo nieścisłość
rzuca w koniugacji czy konsekwencji poluzowania monstrualne cienie
szyk klasyczny staje się szokiem na wskroś pospolitym
a gust płacze na jedno oko nad lirycznym romansem sprzed wieku
co zasłabł w gorsecie w rytmie hip-hopu czy w toalecie
płytszy oddech jak brzmienie na wierzchu wewnętrznej mądrości
głębia intelektu zagłuszona potężnie donośnym basem
zmysł samozachowawczy zaleca cierpienie w domowej homeopatii.

 

Wiersz Piotra Kasperowicza jest nieznośny na pierwszy, drugi, trzeci rzut oka. Jest nieznośny już od samego tytułu, który, szczególnie wtedy gdy głośno go przeczytać, wywołuje gęsią skórkę i zapowiada prawdziwie „doniosłe” doświadczenie lekturowe. Niełatwo zaufać któremukolwiek z pompatycznych słów składających się na ten tytuł; później zaś – w miarę koniugacji tej wykwintności w dalszym ciągu utworu – językowy upust (obecny tu, jak przypuszczam, w znaczeniu tyleż handlowym, co afektywnym) dany niepokojom targającym autora jest jeszcze mniej atrakcyjny dla osoby czytającej.

W zgrzytliwym i rozpadającym się tekście Kasperowicza napotykamy na przytłaczającą wizję, w której „potęga smaku” okazuje się nie aż tak potężna – opuszcza ona swoją gardę i wpuszcza niszczycielski ferment we własne szeregi. Potwór kultury popularnej zagląda z bezczelną ciekawością do wieży z kości słoniowej; z jej wnętrza coraz donośniej słychać basowe dudnienie nowoczesności. Ten odgłos zwiastuje śmierć szyku i narodziny szokującej banalności czy też banalności szoku.

Niestety, refleksja twórcy jest równie banalna, bez względu na wykwintność sztafażu, w którym jest przemycana. Jest ona zaklęta w tekście, który wydaje się upiorną powtórką z upiornego wiersza Herberta zatytułowanego „Pan Cogito o muzyce pop”.

Być może jednak można znaleźć w wierszu Kasperowicza coś intrygującego, nieoczywistego? Może tak, ale w tym celu trzeba byłoby rozegrać ten utwór przeciwko niemu samemu – ocalić go poprzez dostawienie cudzysłowu, który pozwoli zauważyć, że w każdej homeopatii (szczególnie w domowej homeopatii konserwatysty) znajduje się dawka trucizny. Jest wtedy szansa na to, że nieprzepuszczalna powłoka pęknie, a delikatne uchylenie drzwi będzie nie tyle aktem gościnności wobec monstrum, co raczej otwarciem okna i przewietrzeniem pokoju, by zacytować tu napisany niemal trzydzieści lat temu słynny wiersz pewnego poety-barbarzyńcy.


Antoni Zając – student polonistyki w ramach MISH-u na Uniwersytecie Warszawskim.
Publikował w internetowej wersji czasopisma „Kontakt”, „Małym Formacie” i „Polisemii”. Obecnie pracuje nad tekstem poświęconym twórczości Leo Lipskiego i Piotra Rawicza. Interesuje się poezją najnowszą, a także związkami między teologią, filozofią i literaturą.