Wielkie zmiany, małe zmianki

Po grubo ponad roku działalności i dokładnie sześćdziesięciu siedmiu wpisach „Porozmawiajmy o poezji” dotarło do granicy, poza którą wykroczyć nie mogło – czego oczywistym dla nas, autorów, dowodem, jest fakt, że nie aktualizowaliśmy bloga od czterech miesięcy.  Przyczyny takiego stanu rzeczy są równie prozaiczne, co prawdziwe: pochłonęło nas życie, inne projekty, a zwłaszcza kwartalnik „KONTENT”, w którym wszyscy maczamy palce.

W związku z tym planowaliśmy zakończenie działalności. Ponieważ jednak dotarły do nas liczne (i bardzo miłe) głosy zatroskania losem bloga, zdecydowaliśmy inaczej, wierząc, że mimo niszowości i specyficznej formuły „Porozmawiajmy…” zajęło jakieś skromne miejsce na mapie światka literackiego. Dlatego bloga – w formie nieco odświeżonej – przejmie Marcin, który gotowy jest kontynuować dzieło. Fanów pisania Weroniki i Mikołaja uspokajamy – od czasu do czasu będą pojawiać się we wpisach gościnnych!

Razem z tą ogromną zmianą idą zmiany mniejsze, chociaż nie mniej ważne. Blog otrzymał nową, minimalistyczną szatę graficzną, jak również nową, skróconą nazwę (z czym nosiliśmy się od wieków), która wydaje się nam o wiele mniej infantylna. Liczymy, że nie zawiedziemy tymi decyzjami zaufania czytelników i nadal będą chętnie tu zaglądać.

Pod domeną o-poezji.pl znajdziecie od dzisiaj nowego bloga; stary, razem z archiwum jego wpisów, będzie dostępny pod linkiem w menu z lewej strony, a także na swojej oryginalnej domenie o-poezji.blogspot.com

Książka ze skrzynki – „Późny_debiut” Radosława Sączka

Ilustracja z okładki. Późny_debiut, Warszawa 2017 / źródło: lodz.carpediem.cd

Od czasu do czasu ludzie przysyłają mi książki. Czasem są to koledzy i koleżanki, czasem – wydawnictwa, a czasem osoby najzupełniej prywatne i bliżej mi nieznane. Ta ostatnia kategoria występuje zresztą najliczniej. Większość uzyskanych tą drogą książek czytam i odkładam na półkę, ponieważ przeważnie są to tomy złe. Źle napisane, źle wydane i zwykle  niewarte uwagi. Tym cenniejsze są miłe niespodzianki.

Późny_debiut Radosława Sączka okazał się tomikiem bardzo kłopotliwym w pierwszym, jeszcze przedlekturowym odbiorze. Primo, otrzymałem książkę w kopercie podpisanej wprawdzie jako „KONTENT”, ale za to na mój domowy adres, który nie mam pojęcia skąd się wziął w eterze. Secundo, po rozpakowaniu koperty moim oczom ukazała się naprawdę przyzwoicie wydana książka, z bardzo dobrą okładką i niezłymi ilustracjami (autorstwa Justyna Parfianowicza) w środku. Tertio, krótkie śledztwo wykazało, że odpowiedzialna za to wydanie fundacja („DLA KONTRASTU”) zasadniczo zajmuje się muzyką, a wydawnictwo („Doświadczenia z perspektywą”) to jakaś zupełna efemeryda, odnajdywalna tylko w KRSie. Rozpisuję się o tym po to tylko, żebyście złapali klimat jakiejś nierealności i oderwania od sceny literackiej, który otacza tę książeczkę.

Nie ma mowy tutaj o grafomanii, co notorycznie zdarza się w wypadku tomów wydawanych w selfach (albo efemerydach). Zresztą – biogram na tylnej okładce wskazuje, że autor nie jest jakimś przypadkowym gościem z ulicy, tylko gdzieś już publikował, chociaż to jeszcze o niczym nie świadczy. Tom składa się z dwóch części – zatytułowanych Wiersze do biur oraz Chory rozsądek, które stanowią osobne całostki i – jak wynika z posłowia Macieja Płazy – obydwie nominowane były do Bieriezina. Mnie zainteresowała zwłaszcza ta pierwsza.

Wiersze do biur podejmują tematykę stosunkowo nową, ponieważ praca w korpo i związany z nią lifestyle pojawia się w literaturze – jak dotąd – epizodycznie. A wyszło to tym ciekawiej, że zamiast nową tematykę wtłaczać w nowe formy, Sączek, jakby na złość performatywnej poetyce Tomka Bąka, pisze o korporacji z perspektywy podmiotu zgoła niedzisiejszego – romantycznego, przepełnionego wiarą w etos poetycki, nie upatrującego w korpolajfie świadectwa upadku cywilizacji czy pretekstu do solidnego wkurwu, ale wręcz przeciwnie – okazji do refleksji i parafilozoficznej zadumy:

Albo gdyby móc nie widzieć wzorów, liter, cyfr, kolorów,
można byłoby pomyśleć, że coś jest za światłem
i wyświetla się dla niej. Że ona wypatruje źródła, a może i widzi.

(Portret przed monitorem)

Tworzy to dosyć wybuchową i zaskakująco (używam tego słowa z pełną świadomością: zaskakująco) udaną mieszankę: otrzymujemy bowiem romantyczny podmiot, który ujmuje w języku korporacyjnym refleksję egzystencjalną, zamykając to wszystko w klasycznej już dzisiaj konstrukcji wiersza. W efekcie cały tom kipi zarówno od ciężkiej, cywilizacyjnej rozkminy, jak i równie lekkiej ironii, dystansującej podmiot od samego siebie i podstawiającej w jego miejsce samego czytelnika, zupełnie jakby do korpo trafił Kaczmarski z gitarą, a nie Sączek. I nawet (a może zwłaszcza) tam, gdzie autor decyduje się jednak zrezygnować z maski sentymentalnego poety i rąbnąć zwykłym konceptem, wychodzi to świetnie:

Zadzwonił z urlopu, powiedział:
Pierwszy raz w życiu sięgnąłem po szczęście.
Że życie było coś warte
i generalnie było po coś.
Jestem pijany, naćpany,  z kobitą,
w przepięknym miejscu,
kurwa, na werandzie.

To ja to sobie wpisałem
do rożka w wykresie kołowym.

(Szczęście)

Jak wykazał pobieżny zwiad w Google, Późnego_debiutu nie da się w zasadzie nigdzie dostać – i nic dziwnego, skoro dystrybuuje go fundacja muzyczna i efemeryczne wydawnictwo z firmą-matką „Billboard Baggins”. Gdyby jednak jakimś niepojętym cudem wpadła wam ta książka w ręce, nie wahajcie się za długo, bo cuda nie zdarzają się dwa razy.

Onewierszstand; Honet, „litość, ptak z betonu”

litość, ptak z betonu

im głębiej śpię, tym biją mnie
mocniej, plują w twarz, kopią
w głowę – ta kotwica z neuronów,
skręconego deszczu, kobiety –
nie zdarzyły się nigdy,
ale – pozostały. albo
je przyciągnęły liny holownicze,
albo je litość stawia
przed oczami sama. inaczej:
noc nie wybiera snów, tak w drewnie,
jak i w ziemi, a litość, ten ptak, chociaż z betonu,
wie, że śpiewać musi.
i tak to idzie:

nigdzie, czyli tu,
nic – nowy początek.

Nową książkę Romana Honeta uważam za książkę rewelacyjną i nawet dałem temu wyraz na piśmie. Wierszy, które zasługują na pochylenie się i osobną analizę jest w niej multum – a co jeden, to trudniejszy i stawiający większy opór czytelnikowi. Utwór wieńczący książkę, przytaczany powyżej, jest jednym z tych, które urzekły mnie najsilniej.

Ciche psy – Biuro Literackie 2017

„głowa – kotwica z neuronów”. Który melancholik albo migrenik nie zna uczucia, że najlepiej byłoby poddać się bezwzględnej kapitulacji w stosunku do swojego mózgu, najlepiej kapitulacji poprzez dekapitację? Gdy o trzeciej w nocy sen nie tylko nie przychodzi, ale oddala się jeszcze bardziej przez obsesyjne myśli i kompulsywne bóle, poczucie bezsilności sięga zenitu (albo dna).

„kobiety – nie zdarzyły się nigdy,/ ale – pozostały. […] albo je litość stawia/ przed oczami sama.” – Jaki mężczyzna nigdy nie wspominał kobiet, które w życiu spotkał, nie upatrywał w nich, jak Cioran, jakiejś ucieczki od nieznośności wszystkiego, nie szukał wytchnienia w widmie kobiety wyobrażonej, wymarzonej i nieodnalezionej, albo odnalezionej i utraconej? Inaczej: noc nie wybiera snów, bo snów w nocy nie ma, są tylko wspomnienia. I wtedy litość, nad samym sobą, oczywiście, bo nad kim innym się litować w pustym, bezsennym pokoju, wie, że śpiewać musi:

„nigdzie, czyli tu,/ nic – nowy początek”, kolejna przestrzeń nieoznaczoności, w której obserwowany zmienia stan przez niewykrywalnego obserwującego, kolejny czas, kolejna noc nieprzespana.